Wywiad rzeka o kulisach służby w Wydziale Kryminalnym w latach 90′

źródło: Andrzej Mroczek

To była mroźna zima w połowie lat 90, w godzinach rannych jeden z mieszkańców warszawskiej Woli wyrzucając śmieci do kontenera w jego wnętrzu zauważył fragment ciała przypominający ludzką dłoń. Kiedy razem z technikiem kryminalistyki przyjechaliśmy na miejsce po przeszukaniu kontenera znaleźliśmy parę rąk odciętych poniżej łokci od reszty ciała. Nie odszukaliśmy pozostałych jego fragmentów. Kończyny nie nosiły żadnych cech identyfikacyjnych chociażby umożliwiających określenie płci ofiary, wieku, przybliżonego czasu amputacji itd. Pomijając szczegóły czynności na miejscu zdarzenia, od dyżurnego komendy otrzymał polecenie pojechania ze znalezionymi rękoma do ZMS na ul. Oczki. Początkowo miałem tam się udać autobusem komunikacji miejskiej. Ale po zdecydowanych protestach, że nie będę jechał autobusem z odciętymi rękoma zapakowanymi w reklamówkę, po godzinie stania na mrozie doczekałem się radiowozu „dyspozycyjnego”.

Z Andrzejem Mroczkiem, byłym funkcjonariuszem Policji, byłym kierownikiem sekcji ds. aktów terroru w Wydziale do Walki z Terrorem Kryminalnym i Zabójstw w Komendzie Stołecznej Policji – rozmawia Anna Ruszczyk.

Była połowa lat 90′, gdy trafiłeś do sekcji I Wydziału Kryminalnego. Czy pamiętasz sprawę z początkowego okresu pracy w wydziale, która w sposób szczególny utkwiła Ci w pamięci?

To był rok 1994, kiedy trafiłem do sekcji I Wydziału Kryminalnego na warszawskiej Woli, a o okolicznościach wspominałem już podczas pierwszego wywiadu. Niedługo po tym zostałem skierowany na kilkutygodniowy kurs operacyjno – rozpoznawczy do CSP w Legionowie. Nie był to taki zwykły kurs, lecz jak na owe czasy bardzo nowatorski prowadzony metodami stosowanymi przez FBI. Ukierunkowany przede wszystkim na „grę” psychologiczną w pozyskiwaniu osobowych źródeł informacji. I zaraz po tym na dwutygodniowy kurs rozpoznania minersko – pirotechnicznego. Nie mówię o tym, żeby uwypuklać swoje kwalifikacje, ale po to żeby przejść do zbiegów okoliczności, które ukształtowały moją dalszą ścieżkę zawodową i nawiązać do Twojego pytania. Na przełomie 1994 i 1995 roku w Warszawie – ale i w całej Polsce – zaczął się nasilać „terror bombowy”. Podam tobie kilka danych, tak żeby mieć wyobrażenie problemu. Przykładowo w 1993 roku na terenie Polski miało miejsce 44 wybuchów improwizowanych urządzeń wybuchowych, rok później już 88 zamachów „bombowych”. Apogeum to rok 1998, gdzie w całej Polsce „bomby” wybuchały 196 razy! W tym też roku w samej Warszawie i okolicach odnotowano 38 zamachów z użyciem materiałów wybuchowych, to średnio 3,16 w ciągu miesiąca! Ofiary zamachów w Polsce, np. 1994 rok 6 śmiertelnych i 20 rannych osób. Ale już w 1998 roku odpowiednio 20 i 53. Nie wspominam tutaj o skali podłożonych „bomb”, które nie wybuchły gdyż zostały zneutralizowane przez naszych pirotechników. W naszym wydziale zrobiono mnie odpowiedzialnym za zagadnienie szeroko rozumianego rozpoznania tego zjawiska. Oczywiście to nie było tak, że zwalczanie i wykrywanie innych przestępstw przeciwko życiu i zdrowiu nie znajdowały się w orbicie mojej odpowiedzialności. Ale nie odbiegając od zadanego pytania. Którejś nocy w tamtych latach zostałem ściągnięty z domu do pracy. Przy jednym z bloków mieszkalnych wyleciał w powietrze samochód. Nie było ofiar, ale znaczne zniszczenia w mieniu. Pojechałem na miejsce zdarzenia, wciągnąłem jego aurę [śmiech], wstępnie zrekonstruowałem przebieg zamachu, przeanalizowałem ślady fizyczne i osobowe źródła dowodowe. Po trzech godzinach od zdarzenia wspólnie z kolegami z wydziału zatrzymaliśmy sprawców tego przestępstwa. Zabezpieczyliśmy też ślady, w tym osmologiczne wiążące ich z miejscem zamachu. Nie wiem, czy to prawda – nie dociekałem – ale przełożeni mówili mi, że jestem pierwszym w Warszawie, któremu udało się wykryć tego typu akt terroru. Zresztą ten incydent spowodował, że w 1995 roku zostałem oddelegowany do Komendy Stołecznej Policji do nowoutworzonej Grupy Operacyjnej ds. zwalczania Aktów Terroru przy Wydziale Kryminalnym. To już inna historia, ale też i ciekawe sprawy, jak chociażby słynny napad stulecia na konwój z pieniędzmi dla pracowników ZOZ na warszawskim Ursynowie, czy zamach bombowy na członków grupy „wołomińskiej” w podwarszawskich Markach z dwoma ofiarami śmiertelnymi, czy też bardzo ciekawa sprawa zamachu z użyciem zaimprowizowanego urządzenia wybuchowego umieszczonego w samochodzie (też na Ursynowie) w wyniku, którego śmierć poniósł mężczyzna.

Jakie Twoim zdaniem trzeba mieć predyspozycje, cechy charakteru by móc pracować w takim wydziale i się nie wykończyć?

Odpowiedź nie jest taka łatwa. Wokół mnie byli policjanci o różnych cechach charakteru i indywidualnych predyspozycjach. Jednak w moim subiektywnym odczuciu, żaden z nich – i ja sam – nie poradziłby sobie bez wzajemnego wsparcia i uzupełniania się. I to na płaszczyźnie konkretnych czynności służbowych jak i radzenia sobie ze swoimi słabymi stronami psychiki. Niebagatelna jest atmosfera zdrowej rywalizacji w zespole i praca nad sobą tak żeby dążyć do eliminowania negatywnych emocji. Tu nie ma miejsca na indywidualne działanie – nie zrobisz nic bez wsparcia kolegów, koleżanek. Nie bez znaczenia jest umiejętność nieprzenoszenia „pracy” do domu. Jeżeli ktoś sobie z tym nie radzi, to wcześniej czy później ma to dla niego i jego rodziny katastrofalne skutki. Oczywiście wsparcie bliskich jest bardzo ważne, ale to nie znaczy, że np. w łóżku czy przy obiedzie mamy katować drugą połowę szczegółami i wizualizacją scen zbrodni z którymi mieliśmy do czynienia w pracy.

Z jakimi ryzykiem wiąże się służba w Policji, zwłaszcza gdy zajmujesz się przestępstwami najcięższego kalibru?

Na każdego policjanta – tak pionów prewencji jak i służb kryminalnych – wykonującego zadania w terenie czyha szereg niebezpieczeństw. Tu trzeba je podzielić, na te, które wynikają z dynamiki podejmowanej interwencji, i te, które są wynikiem w ogóle pracy w Policji. Funkcjonariusz, kiedy przyjeżdża na miejsce zdarzenia musi w ułamku sekundy ocenić sytuację, którą zastał, wyciągnąć wnioski, dostosować swoją taktykę, użyć środków adekwatnych do zaistniałej sytuacji i przewidzieć ich skutki itd. Tu nie ma powtarzalności, każde zdarzenie, każda interwencja jest inna i dlatego tak ważne jest doświadczenie, nie tylko zawodowe ale i życiowe. Z kolei policjant, który zajmuje się rozpoznaniem, zwalczaniem i wykrywaniem sprawców dokonujących najcięższych przestępstw przeciwko życiu i zdrowiu ma świadomość podejmowanego ryzyka, które musi minimalizować poprzez analizę wariantów prawdopodobnego zachowania się sprawcy. No i każdy z policjantów obarczony jest ryzykiem podejmowanych decyzji, które mogą okazać się nietrafione i skutkować nieodwracalnym przebiegiem wydarzeń, ale też odpowiedzialnością dyscyplinarną i karną.

źródło: Andrzej Mroczek

Grożono Ci kiedykolwiek lub komuś z Twoich najbliższych?

Takich sytuacji było bardzo dużo. Ja je podzieliłem na te wynikające z bezpośredniego „kontaktu” i te z całokształtu służby. Te pierwsze to m.in. takie jak: „ja ci tego nie daruję”, „już jesteś zwolniony, nie wiesz z kim zadarłeś”, „już nie żyjesz” itp. Do tych nie przykładałem specjalnej uwagi, ale były znacznie poważniejsze. Jednym z nich było podpalenie drzwi mieszkania – sprawa umorzona z powodu niewykrycia sprawcy. Przez trzy miesiące wybijanie szyb i przebijanie opon (czterech) w samochodzie – podobnie sprawa umorzona. Nękanie wysyłanymi smsami na telefon służbowy z groźbami pozbawienia życia mojego i moich bliskich. Te groźby akurat zakończyły się przedstawieniem zarzutów dla sprawcy. Z kolei takich sytuacji jak te, gdzie idąc z rodziną byliśmy zaczepiani wyzywani już nawet nie jestem w stanie zliczyć. Miałem też taki okres, kiedy dokładnie sprawdzałem swój samochód w poszukiwaniu ewentualnego ładunku wybuchowego. A kiedy musiałem przewieźć kogoś z członków rodziny, to przed tym robiłem kilkuset metrową „rundkę” bezpieczeństwa i dopiero pozwalałem wsiąść pasażerom. Pewnie ktoś sobie pomyśli, że mnie już całkiem odbiło [śmiech]. Ale takie były czasy i kiedy weźmiemy pod uwagę umieszczanie improwizowanych urządzeń wybuchowych pod samochodami prokuratorów do dlaczego i nie pod autami policjantów. Tym bardziej, że z chwilą kiedy zacząłem pracę w Wydziale Kryminalnym wyspecjalizowałem się w zwalczaniu i wykrywaniu aktów terroru z użyciem ładunków wybuchowych, gdzie odnosiłem na tym polu liczne sukcesy.

Zdarzały się przypadki, gdy światek przestępczy likwidował niewygodnego policjanta?

Ze świata przestępczego wydawano wiele wyroków na szczególnie uciążliwych dla niego policjantów. Część z nich była przenoszona do innej pracy – takie schowanie. Inni dostawali niejawną ochronę. Jednak, nie przypominam sobie żeby w moim otoczeniu fizycznie – śmiertelnie zneutralizowano policjanta. Oczywiście mowa tu o klasycznym wydaniu wyroku śmierci. W dalszym ciągu pozostaje niejasna sprawa przebiegu zabójstwa gen. Marka Papały i motywacja sprawcy/ów.

Czy wśród Twoich znajomych, nie tylko z KSP, byli ludzie którzy nie wytrzymywali psychicznie tego obciążenia?

Zależy co rozumieć prze to, że „nie wytrzymali”? W moim otoczeniu były przypadki targnięcia się na swoje życie – w tym skutkowe – ale etiologia tych drastycznych postępowań nie leżała wyłącznie po stronie obciążenia pracą zawodową i specyfiką wykonywanych czynności. Na to wpływała kumulacja czynników osobistych wzmocnionych jedynie charakterem służby. Były też przypadki skrajnego nadużywania alkoholu jako forma odreagowania i obniżenia poziomu stresu. Ale najczęściej ci, którzy „nie wytrzymali” charakteryzowali się tym, że po pewnym czasie pracy w pionie kryminalnym oznajmiali, że trafiła im się propozycja dalszej służby, pozornie zyskują finansowo – w pionie prewencji, ale za biurkiem czy też w wydziałach wspomagających, logistycznych i administracyjnych. To była taka zasłona dymna.

Czy w tamtych latach był na etacie psycholog z którym funkcjonariusz mógł porozmawiać o swoich problemach? Czy też raczej ukrywano swoje słabości?

[śmiech] Zapewne gdzieś był, ale wątpię żeby ktoś go widział, ja na pewno go nie zlokalizowałem. Pomijając etap rekrutacji i badań psychologicznych, później kontakt z psychologiem już się nie pojawiał. Zdarzały się przypadki, że przełożony widząc długotrwałą „niedyspozycję” podwładnego kierował go od razu… ale do psychiatry. Z moich obserwacji w owym czasie, policjanci skrzętnie ukrywali słabości psychiczne wynikające z codziennej służby. Starali się nie okazywać wewnętrznych problemów. Musisz też pamiętać, że na samą kondycję psychiczną policjanta wpływa nie tylko praca ale – a może przede wszystkim – zewnętrzne otoczenie, czyli m.in. rodzina i relacje z jej członkami. Jeżeli funkcjonariusz ma komfort psychiczny w życiu osobistym, to na ogół daje sobie radę z licznymi obciążeniami wynikającymi z charakteru i specyfiki służby.

źródło: Andrzej Mroczek

Co poczułeś, gdy po raz pierwszy zetknąłeś się w pracy z trupem?

Bardzo trudno jest mi dzisiaj wyzwolić i tym samym odnieść się do emocji, które temu towarzyszyły. Może dlatego, że pierwsze zwłoki z, którymi miałem kontakt to raczej liczne szczątki ludzkiego ciała, które musiałem zbierać pesetą do foliowych toreb. Natomiast już kolejne oględzin zwłok czasami wywoływały refleksję nad egzystencją człowieka. Tak naprawdę każdemu przypadkowi towarzyszyły inne emocje, bo wynikało to z samych okoliczności śmierci i tego kto jej doświadczył. Tu mam na myśli przede wszystkim nagłe zgony z udziałem osób trzecich i kiedy dotyczyły one dzieci. Generalnie w zakresie moich obowiązków nie leżało uczestnictwo w sekcji zwłok w Zakładzie Medycyny Sądowej. Jednak czasami musiałem być tam obecny m.in. z racji dyżuru w tzw. „grupie wydarzeniowej” czy też polecenia przełożonych.

Pierwsza sekcja zwłok.

To była mroźna zima w połowie lat 90, w godzinach rannych jeden z mieszkańców warszawskiej Woli wyrzucając śmieci do kontenera w jego wnętrzu zauważył fragment ciała przypominający ludzką dłoń. Kiedy razem z technikiem kryminalistyki przyjechaliśmy na miejsce po przeszukaniu kontenera znaleźliśmy parę rąk odciętych poniżej łokci od reszty ciała. Nie odszukaliśmy pozostałych jego fragmentów. Kończyny nie nosiły żadnych cech identyfikacyjnych chociażby umożliwiających określenie płci ofiary, wieku, przybliżonego czasu amputacji itd. Pomijając szczegóły czynności na miejscu zdarzenia, od dyżurnego komendy otrzymał polecenie pojechania ze znalezionymi rękoma do ZMS na ul. Oczki. Początkowo miałem tam się udać autobusem komunikacji miejskiej. Ale po zdecydowanych protestach, że nie będę jechał autobusem z odciętymi rękoma zapakowanymi w reklamówkę, po godzinie stania na mrozie doczekałem się radiowozu „dyspozycyjnego”. W ZMS przyglądałem się sekcyjnym oględzinom dostarczonych rąk i od lekarza medycyny sądowej otrzymałem informację, że: ręce zostały odcięte najprawdopodobniej już po śmierci ofiary, następnie zostały wygotowane a później zamrożone, i kiedy wyrzucono je do kontenera na śmieci były w fazie rozmrażania, należały do kobiety (tu biegły założył duże prawdopodobieństwo co do płci), nie można było pobrać odcisków palców i DNA bo w trakcie obróbki termicznej uszkodzeniu uległy istotne cechy biologiczne ofiary. Poza przypuszczalnym wzrostem, budową i wiekiem ofiary nie było nic na pewno. Tak też wyglądała moja pierwsza sekcja zwłok.

Czy były takie zabójstwa, które wyzwalały w Tobie jakieś większe emocje, strach, przerażenie? Czy nie jest tak, że po pewnym czasie tego typu zdarzenia przestają wywierać większe wrażenie, uodparniasz się?

Zacznę od odpowiedzi na to drugie pytanie. Każdy człowiek, jak i każdy policjant posiada indywidualny próg odporności psychicznej na powtarzające się obrazy ludzkich zwłok i różnie na nie reaguje. W moim przypadku, za sprawą nasycenia głowy tego typu scenami powstało uodpornienie się na widok ludzkich zwłok. Oczywiście, inaczej organizm reagował na „świeżaka” w całości, inaczej na rozkładające się zwłoki, a jeszcze inaczej na rozkawałkowane, czy też nadgryzione przez zwierzęta. Co do pierwszego zadanego przez ciebie pytania, to nie jestem w stanie udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Spowodowane jest to tym, o czym już mówiłem tj. uodpornieniem się na sceny śmierci. Ale są takie przypadki, które szczególnie utkwiły w pamięci i nie koniecznie ze względu na widok, którego doświadczyłem. I tak, dla nieco rozluźnienia. Druga połowa lat 90, przełom zimy i wiosny, Puszcza Kampinoska, przysiółek Pociecha gm. Izabelin. Niewiele przed godz. 14.00 wraz z kolegami z wydziału (sekcji) otrzymałem polecenie pojechania na pętle autobusową w m. Truskaw, gdzie będzie oczekiwał leśniczy, który wskaże miejsce z, którego z ziemi wystaje najprawdopodobniej… część ludzkiej głowy. Kilkadziesiąt metrów od leśnej drogi, pomiędzy drzewami, w roztapiającym się jeszcze śniegu, naszym oczom ukazał się dwuznaczny obraz. Z ziemi wystawał fragment czaszki, której struktura wyraźnie została naruszona przez zwierzęta zamieszkujące Kampinoski Park Narodowy. Wszyscy zgodnie doszli do wniosku, że to co widzą nie świadczy jeszcze, że jest to fragment ludzkiej czaszki i żeby mieć pewność trzeba zabrać się do fizycznej roboty. Na miejsce przyjechał techniki kryminalistyki, leśniczy przyniósł łopaty i wzięliśmy się do wykopywania znaleziska. Kiedy było już wiadomo, że jest to ludzka głowa prace wykopaliskowe prowadziliśmy z niezwykłą ostrożnością i archeologiczną precyzją. Posuwały się one bardzo powoli, gdyż ziemia była jeszcze zmarzniętą, zrobiło się ciemno a agregat z oświetleniem nie rozgrzewał dygających z zimna policjantów. Kiedy odsłonił się już widok całych zwłok leżącego w embrionalnej pozycji mężczyzny, przybyły na miejsce prokurator (kiedyś tak nie było, że zawsze do podejrzanego zgonu przyjeżdżał przedstawiciel tej instytucji) polecił wyjęcie ich na powierzchnię. Wraz kolegami wskoczyłem do dołu i razem na „trzy cztery” wydobyliśmy zwłoki na rozłożoną folię. Rozpoczęły się ich oględziny oraz miejsca ich wykopania, które odsłoniło zawartość m.in. gazet z rozwiązanymi krzyżówkami.  Powoli z denata zdejmowałem części odzieży i wtedy w swojej kieszeni usłyszałem znajomą melodyjkę telefonu komórkowego. Dzwoniła moja (jeszcze wtedy) żona. Ta kobieta miała wyjątkowe wyczucie zaznaczania swojego istnienia w najmniej dogodnych momentach. Zwłaszcza wtedy kiedy byłem unurzany w mazi gnijących zwłok, potrafiła zakomunikować, że nie ma mleka do kawy i jak będę wracał do domu żebym nie zapomniał go zakupić! Podobnych sytuacji z żoną w tle było znacznie więcej [śmiech]. Ale nie tylko ze względu na ten epizod, zabójstwo to szczególnie utkwiło w mojej pamięci. Wykopalisko to, jak się później okazało było początkiem serii niezależnych od siebie zabójstw, których faza końcowa miała miejsce poprzez zakopanie zwłok.

Niezależnych, ale z podobnym finałem. Dlaczego Ktoś zadawał sobie trud by zakopywać zwłoki ofiar? O czym świadczy takie postępowanie sprawcy?

Odpowiedź jest prosta, którą wszyscy chyba znają: nie ma zwłok, nie ma zabójstwa – zatarcie najważniejszego śladu. Sprawca/y ukrywając zwłoki poprzez ich zakopanie w ziemi zakładają, że ich nikt nie odnajdzie. Ale nie zawsze jest tak, że taki cel osiągną. Musimy też na to modus operandi spojrzeć z kilku perspektyw. Często nie jest tak, że sprawca/y zabójstwa z „góry” zakładają wywiezienie ofiary do lasu. Taki pomysł powstaje często już po fakcie zbrodni. Ale też z doświadczenia – kilka sztuk wykopałem – mogę powiedzieć, że sprawcy w pierwszej kolejności wywozili do lasu człowieka i dopiero tam znęcali się nad nim psychicznie i fizycznie, gdzie finalnie zakopywali jeszcze żywego lub martwego. I nie oszukujmy się, ziemia w dalszym ciągu skrywa wiele tajemnic.

źródło: Andrzej Mroczek

Miałeś sny, w których wracałeś do starych spraw?

Prorocze?! [śmiech] Początkowo – może w pierwszym, drugim roku służby – zdarzały się sny nawiązujące do policyjnej pracy. Obrazy, które przyswajasz – często brutalne i tragiczne sceny – próbują zapisać się w zakamarkach umysłu i wpływać na twoją kondycję psychiczną. Inną sprawą jest zaśnięcie. I tu już pojawia się problem. Zamykasz oczy i widzisz wpatrzoną w ciebie twarz ofiary z rozchylonym ustami, z grymasem bólu i rozszerzonymi źrenicami epatującymi zaskoczeniem i cierpieniem. Zmienić – wymazać ten i podobne obrazy jest bardzo trudno, ale nie niemożliwe, trzeba ćwiczyć ich zastępowanie.

Pamiętasz jakieś sprawy, które okazały się dla was porażką, takie gdzie nie udało się zidentyfikować, namierzyć i zatrzymać sprawcy zabójstwa?

Jeżeli przyjmiemy 1999 rok jako cezurę czasową tego wywiadu, to takich spraw w które bezpośrednio lub pośrednio byłem zaangażowany można wymieniać sporo, ale więcej było tych wykrytych i nie tych kwalifikowanych jako „świnio bicie”, gdzie sprawca jest znany i siedzi przy zwłokach oczekując przyjazdu Policji. Na fakt porażki przy sprawach pozbawienia życia składało się wiele czynników i większości niezależnych od nas samych. Mnie do chwili obecnej z tamtego okresu „ciążą” dwie sprawy.

Jakie?

Jedna to zabójstwo młodego mężczyzny, którego zwłoki zostały ujawnione w jego mieszkaniu przy ul. Kędzierskiego na Bemowie. Sprawca jako narzędzia zbrodni użył noża, a rany jakie powstały na ciele ofiary ewidentnie charakteryzowały się nadzabijaniem. Dzisiaj powiedzielibyśmy, że sprawca i miejsce przestępstwa było niezorganizowane. Motyw i przebieg zabójstwa niejasny ale wątpliwe, że miało tło rabunkowe. Druga sprawa to zastrzelenie mężczyzny na ul. Sołtyka na Woli w skupie metali kolorowych. Sprawca działał bezpośrednio w pojedynkę. Tu przede wszystkim charakterystyczne jest zorganizowane działanie zabójcy. W mojej ocenie rabunek niewielkiej kwoty był tylko odwróceniem uwagi od właściwego motywu. Brak jest racjonalności użycia broni palnej w stosunku do obiektu zamachu i wartości skradzionej gotówki. Natomiast profil ofiary i okoliczności poprzedzające zabójstwo dają i dzisiaj dużo do myślenia – zrozumiałym jest, że nie mogę mówić o szczegółach tych spraw.

Dlaczego niektórym mordercom udawało się uniknąć odpowiedzialności za swój czyn?

Odpowiedzieć można w jednym – dwóch zdaniach. Do głównych przyczyn leży brak dostatecznego materiału dowodowego lub wiedza operacyjna, której nie ma możliwości przekształcenia w wartościowy niepodważalny materiał procesowy. I kolejna, to taka, że w tamtych latach nie była tak rozwinięta nauka na potrzeby kryminalistyki, przede wszystkim genetyka. Dlatego dzisiaj, tak aktywnie działają etatowe i nieetatowe zespoły do spraw niewykrytych – inaczej, dla mnie niezrozumiałe nazewnictwo „archiwum X”… -, które wykorzystują współczesne zdobycze technologiczne i poddają analizie zabezpieczony przed laty materiał dowodowy z oględzin ciała i miejsca przestępstwa.

Co Twoim zdaniem wpływa na wykrywalność sprawców zabójstw?

Przede wszystkim, oględziny zwłok i miejsc/a z nimi powiązane, profesjonalne zabezpieczenie dowodów – w tym osobowych – oraz prawidłowa ich interpretacja.

Kto najczęściej padał ofiarą zabójstwa, czy były to zdarzenia na tle nieporozumień rodzinnych, awantury po libacjach zakończone serią śmiertelnych ciosów?

Jeżeli mówimy o zabójstwach, które miały miejsce w ostatniej dekadzie XX wieku, to muszę przyznać, że było ich zdecydowanie więcej w odniesieniu do współczesności. Dlaczego tak się działo, to trzeba byłoby napisać długą rozprawę kryminologiczno – socjologiczną. W ówczesnym czasie było nieporównywalnie więcej zabójstw na tle porachunkowym, rabunkowym, czy wymuszającym określone zachowanie na osobach związanych z ofiarą, gdzie sprawcy wykorzystywali broń palną – różnego rodzaju, od samodziałowych „strzelających długopisów” do broni automatycznej – oraz wyrafinowane improwizowane urządzenia wybuchowe. Oczywiście były tak jak i dzisiaj bójki i pobicia ze skutkiem śmiertelnym. No i wskazane w pytaniu „świniobicia” poprzedzone awanturami rodzinnymi czy libacjami alkoholowo narkotycznymi. Narzędzie zbrodni to przede wszystkim nóż, młotek, siekiera, czyli to co sprawca ma pod ręką. Te ostatnie, tak jak i kiedyś, tak i dziś stanowią „żelazny” współczynnik wykrywalności ogółu zabójstw, który waha się w granicach 87% (czasami i znacznie więcej). Po prostu, sprawca czeka na przyjazd Policji, sam się zgłasza albo odreagowuje stres u sąsiada lub na podwórku, ale nie ucieka.

źródło: Super Express 11.01.2006 r

Jak często miałeś do czynienia z zabójstwami, gdzie ofiara była osobą przypadkową, nie znała wcześniej swojego sprawcy?

W większości tego typu spraw ofiara była bezpośrednio lub pośrednio związana ze sprawcą/ami. Ale w około 30 procent zdarzeń z którymi miałem do czynienia ofiara nie znała zabójcy. Tu prosty przykład. Był dzień popularnych imienin 30 listopada 1998 roku, warszawska Wola, ul. Staszica 4, kantor wymiany walut usytuowany w ciągu handlowym na parterze budynku mieszkalnego (w sąsiednim budynku znajduje się restauracja GAMA, która za cztery miesiące była miejscem jednej z największej przestępczej jatki w, której zginęło pięciu gangsterów – ale o tym wydarzeniu może wspomnę przy innej okazji rozmowy). Kantor mieścił się w części sklepu spożywczego z jednym i tym samym wejściem. Małżeński mały biznes: żona aktywizowała się w dziale spożywczym, mąż zajmował się wymianą walut i skupem złota. Pokrótce wyświetlę miejsce zbrodni: drzwi do sklepu lekko uchylone, w dolnej części wybita szyba. Obok, na zewnątrz liczne większe i mniejsze plamy jeszcze nie zaschniętej krwi. Rozrzucone banknoty (złotówki) i wśród nich przeciwsłoneczne okulary, pistolet i zakrwawiona kurtka. W przedsionku sklepu również widoczne ślady krwi i leżące poplamione nią banknoty. Przy wejściu na zaplecze zaadoptowanego kantoru na posadzce leżały zwłoki mężczyzny z ranami postrzałowymi głowy i klatki piersiowej. Wokół denata rozrzucone banknoty i złota biżuteria. Na ladzie ujawniono torbę wypełnioną setkami ścinek gazet imitujących pakiety banknotów ( na wierzchu dolary). Pokrótce ustalony przebieg zdarzenia: kilka dni wcześniej właściciel kantoru umówił się telefonicznie z nieznanym mu mężczyzną na transakcję zakupu 30 tys. dolarów. Feralnego dnia do kantoru przyszedł umówiony klient. Mężczyzna miał na głowie czapkę z pod której wystawały włosy spięte gumką w tzw. kitkę, na nosie miał założone ciemne okulary. Właściciel kantoru zaprosił gościa na zaplecze – czynił tak zawsze gdy przeprowadzał większe transakcje. Po kilku minutach z zaplecza dobiegł huk wystrzałów i krzyk. Dalszy ciąg wypadków potoczył się błyskawicznie. Żona „kantorowca” i zatrudnione w sklepie ekspedientki ruszyły w kierunku zaplecza. Jedna z nich zamknęła od wewnątrz drzwi wejściowe do sklepu. Równocześnie pomiędzy napastnikiem i kobietami wywiązała się szamotanina. Zabójca w akcie desperacji wybił szybę w drzwiach wejściowych i wydostał się na zewnątrz raniąc się o wystające fragmenty szkła. W trakcie przeciskania się przez otwór ściągnął kurtkę za, którą przytrzymywały go kobiety, porzucił pistolet i zgubił okulary. Wypadły mu tez banknoty, które wcześniej w pośpiechu upchnął pod bluzę. Sprawca z miejsca przestępstwa zbiegł piechotą w kierunku budynków przy ul. Wawelberga. Odszukanie śladów jakie po sobie pozostawił nie było trudne, gdyż przestępca gubił banknoty i zostawiał plamy krwi. Ale u zbiegu ul. Wawelberga i ul. Górczewskiej trop się urwał. Świadczyło to o tym, że sprawca dalej odjechał samochodem – sam lub ktoś na niego czekał. Pierwsze osławione 72 godziny nie przyniosły żadnego przełomu w śledztwie – nie było punktu zaczepienia. Z ramienia Wydziału Kryminalnego zostałem prowadzącym sprawę operacyjną. Wściekałem się na swojego odpowiednika w Wydziale Dochodzeniowo – Śledczym, który oponował i torpedował mój pomysł żeby przejrzeć zabezpieczony materiał dowodowy w postaci ścinek gazet. Nie będę wchodził w szczegóły wewnętrznych rozgrywek ale w końcu dostałem „zielone światło” – dostałem torbę z zabezpieczonymi ścinkami papieru – miałem czas do jutra rana. Wyciętych z papieru prostokącików było kilka tysięcy, każdy trzeba było chwycić pęsetą, obejrzeć z jednej i drugiej strony. Fragmenty papieru były wcześniej różnymi kolorowymi gazetami i nie układały się w żadną logiczną całość. Mijały godziny, drętwiała mi ręka i łzawiły oczy. Do rana zostało niewiele czasu, a do przejrzenia pozostało jeszcze około 30 procent zabezpieczonych ścinek papieru. Nagle poczułem uderzenie ciśnienia jakie zazwyczaj towarzyszy silnemu podnieceniu. Wpatrywałem się w mały ścinek papieru i powiedziałem sam do siebie: czułem cholera czułem, miałem nosa!!! Instynkt mnie nie zawiódł. Doprowadziłem do ustalenia sprawcy zabójstwa. Niestety ale zmarnowane godziny/dni skutkowały tym, że przestępca zdołał uciec z Polski. Monaco, Hiszpania, Kanada, Stany Zjednoczone – tak biegła trasa ucieczki poszukiwanego międzynarodowym listem gończym za zabójstwo właściciela kantoru na Woli. Mężczyznę zatrzymano po 7 latach na lotnisku Miami na Florydzie

Spotkałeś na swej drodze seryjnego zabójcę?

Jest kilka interpretacji pojęcia seryjnego zabójcy. Jednak jeżeli przyjmiemy jedno z podstawowych kryteriów, czyli więcej niż dwie ofiary i modus operandi, to tutaj za przykład mógłbym podać serię zabójstw – w tym usiłowania – mężczyzn, których profil ogólny wpisywał się w środowiska intelektualne. Ze zrozumiałych względów nie mogę powiedzieć szczegółów tych spraw, które nie wydostały się do opinii publicznej. Po ponad roku intensywnej pracy operacyjno – dochodzeniowej śledztwo zostało zakończone ustaleniem i zatrzymaniem sprawcy, a zebrany materiał dowodowy umożliwił skazanie zabójcy.

Lata 90′ to także rozkwit przestępczości zorganizowanej, handlu ludźmi, czerpania zysków z nierządu. Czy prostytutki bywały ofiarami zabójstw i czy morderstwa w tej branży były trudne do wykrycia?

W tamtych latach był wysyp różnej maści agencji o charakterze „towarzyskim” w, których oferowano usługi seksualne. Branża ta niezwykle dochodowa nie umknęła uwadze zorganizowanym grupom przestępczym, które zakładały tego typu przybytki lub je „opodatkowywały”. Tego typu proceder miał również swoje podbranże m.in. handel ludźmi i czerpanie korzyści z nierządu. W tym przypadku nasze rodzime grupy przestępcze wchodziły często w alianse z ich odpowiednikami zagranicznymi. Jak w każdej kategorii przestępstw, tak i w powyższym przypadku istnieje „ciemna liczba”, czyli zabójstw prostytutek, których zwłok nigdy nie odnaleziono. Natomiast, w mojej pracy miałem kilka – może 3-4 sprawy – w których ofiary zajmowały się prostytucją i każde z tych zabójstw zostało wykryte. Zdecydowanie więcej było zdarzeń o charakterze pobicia, znęcania, brutalnych przestępstw zgwałcenia i rozbojów, gdzie ofiarami były kobiety zaangażowane (w różnej formie) w wyżej wymieniony obszar działalności. I tu już bywało różnie jeżeli chodzi o wykrywalność dlatego, że w większości przypadków pokrzywdzone nie chciały oficjalnie współpracować z Policją.

Czy w tamtym czasie działały grupy płatnych morderców?

Tak w tamtych jak i współcześnie. Jednak trzeba ich podzielić na zawodowych killerów, doskonale przygotowanych i posiadających niezbędne narzędzia i środki do przeprowadzenia egzekucji. Jak i na tych, którzy byli okazjonalnymi płatnymi zabójcami i często szybko namierzanymi partaczami. Do tej pierwszej grupy mógłbym zaliczyć pewnego Rosjanina, który co prawda na tyle czuł się w Polsce pewny, że sam stał się ofiarą ulicznej egzekucji. Miało to miejsce w drugiej połowie lat 90 kiedy został zastrzelony na ulicy Sowińskiego na warszawskiej Woli podczas spaceru ze swoim psem. Rosjanin został ostrzelany z broni automatycznej z przejeżdżającego samochodu – sprawcy/ów nie ustalono. Ale to co ujrzeliśmy w jego wynajmowanym mieszkaniu przeszło nasze wyobrażenia. Ujawniliśmy m.in. dwa profesjonalnie skonstruowane improwizowane urządzenia wybuchowe, kilka jednostek broni krótkiej produkcji zachodniej, kilka jednostek broni automatycznej (oczywiście jak na zabójcę ze wschodu nie mogło zabraknąć AK-47) w tym karabinek snajperski, granatów F1 i kilkaset sztuk amunicji. W drugiej grupie „płatnych” zabójców mógłbym podać kilka przykładów. Często swój cel osiągali ale zostawiali tyle śladów, że wcześniej czy później byli ustalani i zatrzymywani.

źródło: Andrzej Mroczek

Czy zdarzały się sytuacje, gdy ktoś z miasta np. dzwonił do was z informacją, że wie kto dokonał zabójstwa?

Ooo tak łatwo to akurat mnie się nie zdarzało. W tej kategorii przestępstw ludzie posiadający przydatną informację bardzo rzadko posługują się taką formą komunikacji z Policją. Ale jak ktoś źle zaparkuje samochód, wyprowadzi psa bez smyczy, to już czynnik społeczny się uaktywnia. To jest fenomen w naszej kulturze. W moim przypadku, w ramach czynności wykrywczych najczęściej musieliśmy dotrzeć do takich osób i informacje dosłownie wyciągać. Jednak najczęściej wiedza o sprawcy/cach zabójstw była pozyskiwana w wyniku prowadzonych czynności operacyjnych, w tym z osobowymi źródłami.

Jak istotna w twojej pracy była współpraca z osobowymi źródłami informacji? Czy w policji były wystarczające fundusze przeznaczone na ten cel?

Był bardzo duży nacisk na pracę operacyjną z osobowymi źródłami informacji, który przynosił wymierne wyniki. Było kilka kategorii OZI i zróżnicowana z nimi praca. Jest to niezmiernie delikatny obszar i nie chciałbym bardzo wchodzić w szczegóły. Jeżeli chodzi o fundusz operacyjny i możliwość wynagradzania OZI, to pozostawiało to bardzo dużo do życzenia. Proponowane kwoty „nagrodowe” bardzo często nie były adekwatne do wartości otrzymanej informacji. Ale musisz wiedzieć, że OZI nie współpracują wyłącznie z pobudek finansowych i tym się ratowaliśmy.

Pamiętasz, aby w Twojej karierze była sprawa na miarę sprawy Iwony Wieczorek, bądź Ewy Tylman? Czy były takie zdarzenia, które nagłaśniano wiele miesięcy, lat, gdzie zaangażowanych były setki policjantów, ściągani eksperci z psami tropiącymi z zagranicy?

W mojej ocenie, przytoczone sprawy różnią się tak bardzo, że w ogóle nie powinno się ich porównywać. Okoliczności zaginięcia Iwony Wieczorek jak najbardziej uzasadnienie przyciągają uwagę. Natomiast w tym drugim poznańskim przypadku to osobiście od samego początku nie dostrzegam niczego wyjątkowego w obszarze kryminologicznym i kryminalistycznym. Podobnych spraw ale bardziej tajemniczych można znaleźć niemalże w każdej komendzie Policji. Dlatego ciężko jest mi się odnieść jednoznacznie czy miałem podobną sprawę. W strukturze wydziału kryminalnego IV KRP była sekcja zajmująca się rejestrowaniem i poszukiwaniem osób zaginionych. Ja zaczynałem czynności z chwilą kiedy zostały znalezione zwłoki bądź okoliczności towarzyszące zaginięciu ewidentnie wskazywały na udział osób trzecich np. uprowadzenia, w tym dla okupu. Oczywiście mówimy tutaj o okresie przyjętej przez nas cezury czasowej 2000 rok. Opiszę krótko dwa przykłady z drugiej połowy lat 90. Rodzina zgłosiła zaginięcie Krzysztofa R. Wyszedł z domu i „wszelki ślad” po nim zaginął. Ostatnie logowanie telefonu komórkowego zostało zarejestrowane w okolicach dzisiejszego Ronda Kercelak w Warszawie. I przez kilka miesięcy sprawa była we wspomnianej sekcji ds. poszukiwań. Do czasu, a mianowicie pewnego wiosennego dnia, kiedy to leśniczy z Puszczy Kampinoskiej poinformował o podejrzanie wyglądającej mogile w środku lasu. Kiedy przyjechaliśmy na miejsce – mając już doświadczenie w odkopywaniu innych zwłok – szybko wydobyliśmy na powierzchnię lekko rozkładające się już ciało mężczyzny. Bez problemu został wstępnie zidentyfikowany jako zaginiony Krzysztof R. I to był etap kiedy przejmowaliśmy sprawę z sekcji poszukiwań. Dalej były już żmudne czynności operacyjne i procesowe. Jednak główny sprawca tego zabójstwa nie doczekał zakończenia przez nas sprawy, bo stał się przedmiotem egzekucji kiedy wracał do domu ze swoją małą córką. Drugie zdarzenie. W godzinach popołudniowych w jednym z mieszkań na ul. Ożarowskiej w Warszawie zostały ujawnione zwłoki młodej kobiety. Zginęła w wyniku ran postrzałowych klatki piersiowej. Tego samego dnia rano kobieta i jej mąż odprowadzili syna do przedszkola. Po mężu ślad zaginął – i tak jest chyba do dzisiaj. Uważany jest on za zaginionego. Jego samochód został kilka dni później odnaleziony na jednym z osiedli na warszawskiej Pradze Północ. Takich spraw było dużo i tych, gdzie kobiety stawały się poszukiwane jako zaginione.

Czy kiedykolwiek korzystałeś z wiedzy profilera? Czy profilowanie kryminalne było wam w ogóle znane?

[gromki śmiech] W latach 90? Do mniej więcej 2000/2001 roku profilowanie kryminalne jako narzędzie analizy kryminalistycznej i kryminologicznej było mrzonką. W Polsce profilowanie kryminalne jest tak naprawdę raczkującym narzędziem analizy profilu ogólnego i szczególnego przestępcy/ów, którym profesjonalnie zaczęto zajmować się w pierwszych latach XXI wieku. Nie mówię, że ówcześnie nie słyszałem o sporządzaniu sylwetki psychofizycznej nieznanego sprawcy przestępstwa ale wykorzystanie tego narzędzia analizy nie było powszechne i nie przykładano do tego najmniejszej uwagi. To znaczy, ciężko było przekonać policjantów do takiej współpracy z psychologami. Dopiero kiedy zacząłem pracę w Wydziale do Walki z Terrorem Kryminalnym i Zabójstw Komendy Stołecznej pierwszy raz skusiłem się skorzystać z pomocy psychologa śledczego. Było to w 2001 lub 2002 roku już nie pamiętam. Ale ten okres mojej pracy będzie zapewne przedmiotem kolejnej naszej rozmowy. Miałem to szczęście, że pracowali wtedy w Komendzie jedni z bardziej znanych dzisiaj psychologów śledczych/profilerów kryminalnych Jan Gołębiowski i Dariusz Piotrowicz. W polskiej Policji nie ma wyodrębnionych specjalnych komórek zatrudniających zespoły profilerów. Każda komenda wojewódzka posiada etatowych psychologów, którzy okazjonalnie sporządzają profile nieznanych sprawców przestępstw. Bodajże wyjątkiem był Bogdan Lach z KWP w Katowicach.

Według policyjnych statystyk w 2014 roku doszło w Polsce do 6165 przypadków zamachów samobójczych, które zakończyły się zgonem. Jak myślisz, czy jest możliwe, że część z tych samobójstw to tak naprawdę zabójstwa, ale nie wykryte? Czy znasz taki przypadek, gdzie początkowa wersja o samobójstwie była błędna?

Były, są i będą samobójstwa, które wzbudzają wyjątkowe zainteresowanie opinii publicznej i zarazem tworzone są różnego rodzaju teorie spiskowe. W części słusznie, ale w większości przypadków nie mają one uzasadnienia. Nie ulega wątpliwości, że istnieje procent „samobójstw”, które mogły być zabójstwem. Przykładem może być tutaj sprawa „samospalenia” Jolanty Brzeskiej w lesie kabackim na warszawskim Ursynowie. Generalnie w sprawach samobójstw najważniejsze są oględziny zwłok – a później ich sekcja – miejsca ich ujawnienia, profil ogólny ofiary i jego otoczenie oraz prawidłowa interpretacja informacji, które z nich wynikają.

Jak wspominasz współpracę z prokuraturą? W jaki sposób relacje policjant-prokurator mogą przekładać się na wynik prowadzonego śledztwa?

Ostatnią dekadę lat 90 i współpracę z prokuratorami wspominam bardzo dobrze. W tamtym okresie zabójstw było naprawdę bardzo dużo i prokuratorzy, którzy dostawali do prowadzenia śledztwo w tych sprawach nie ograniczali się do wydawania pisemnych poleceń. Większość czynności do prowadzenia powierzana była Policji. Bardzo często w luźnej atmosferze siadaliśmy – tzn. operacyjni, dochodzeniowcy i prokurator/rzy – w jednym z pokoi i robiliśmy „burzę mózgów”, co możemy, jak możemy, co nam to przyniesie itd. Pod koniec lat 90 zaczęło się to zmieniać i ci sami prokuratorzy mówili, że nie mogą do Nas już przychodzić i tak się spotykać. Komuś musiały przeszkadzać takie relacje policjant – prokurator, a szkoda, bo w prowadzonych sprawach zabójstw mieliśmy wtedy bardzo dobre wyniki wykrywcze.

źródło: Andrzej Mroczek

Korzystałeś kiedykolwiek z badań wariograficznych?

Poligraficznych. W latach 90 ubiegłego wieku badania psychofizjologiczne na poligrafie stanowiły duże zainteresowanie wśród policjantów prowadzących skomplikowane sprawy, przede wszystkim zabójstw. Prokuratorzy natomiast podchodzili do tego typu opinii dosyć sceptycznie. Zresztą nie ma czemu się dziwić, bo tego typu badanie nie stanowiło wartości dowodowej, a było ewentualnie i jedynie uzupełnieniem zgromadzonych materiałów. Mieliśmy taki przypadek, że badanie na poligrafie ułożyło się bardzo korzystnie dla osoby podejrzewanej ale dowody fizyczne bezwzględnie ją obciążały. To jak sądzisz, na czym podparł zarzuty prokurator? Kilka razy korzystaliśmy z pomocy eksperta w tej dziedzinie – w tamtym czasie można było ich policzyć na palcach jednej dłoni – Jacka Bieńkuńskiego.

Czy pod koniec lat 90′ byli eksperci z zakresu odontologii w kryminalistyce, entomologii sądowej, którzy wzbogacaliby waszą wiedzę?

Oczywiście, że byli i też we wcześniejszych latach. Z opinii biegłego odontologa korzystaliśmy kilkakrotnie w sprawach o różne przestępstwa. Mnie utkwił w pamięci obraz kobiety na której ciele podczas jej oględzin zwłok ujawniliśmy kilka śladów przypominających ugryzienie. Był tu właśnie powołany biegły sądowy z zakresu odontologii. Natomiast kiedy przyszło mi uczestniczyć w oględzinach zwłok, których stan wchodził w fazę penetracji ich przez różne gatunki owadów, to przybyły na miejsce lekarz medycyny sądowej posiadał należytą wiedzę z zakresu entomologii sądowej żeby wstępnie na miejscu określić przybliżony czas zgonu. Siłą rzeczy nie zawsze w takich przypadkach można od razu określić przyczynę śmierci, ale to wszystko odbywa się już później kiedy zwłoki trafiają do Zakładu Medycyny Sądowej. Generalnie przy każdych oględzinach zwłok wzbogacaliśmy swoją wiedzę i już przy kolejnych mogliśmy się „wymądrzać” [śmiech] przed innymi policjantami. Bo przecież nie każde zwłoki wymagały udziału „biegłego medyka” na miejscu ich ujawnienia.

Znasz przypadek zastosowania hipnozy w pracy policji, czy wierzysz w skuteczność tego typu metod?

Nie miałem bezpośrednio do czynienia z tego typu metodą. Jest ona obarczona wysokim ryzykiem i to nie tylko w kontekście wiarygodności co szkody psychicznej i fizycznej. Oczywiście zaraz się podniesie „krzyk” ale jestem sceptyczny w stosowaniu tego typu metod ujawniania prawdy. Wystarczy, że mieliśmy w wydziale kolegę – no właśnie z sekcji poszukiwań – , który miał zaprzyjaźnioną wróżkę i starał się ją uaktywniać w prowadzonych przez siebie sprawach. Ale też kontemplując z nogami na biurku oczekiwał dobrej karmy i natchnienia w celu odnalezienia zaginionych osób lub poszukiwanych przestępców.

Jak już jesteśmy przy hipnozie, to nie wypada nie zapytać o same przesłuchania osób podejrzanych i świadków. Czy byliście szkoleni z metod przeprowadzania przesłuchań, oceny wiarygodności zeznań? Wiedziałeś kiedy delikwent zaczyna kłamać, wymyślać, prowadzić was na zły trop?

To są specjalistyczne kursy doszkalające. O jednym z nich już wspomniałem na początku naszej rozmowy ale też wdrożona na Polski grunt metodyka przesłuchania FBI. Jednak żaden kurs nie zastąpi indywidualnych predyspozycji policjanta, jego samokształcenia i doświadczenia zawodowego oraz życiowego. Tutaj policjant uczy się przez całą swoją karierę zawodową. Umiejętność czytania zachowań werbalnych i pozawerbalnych człowieka w pracy operacyjnej i dochodzeniowo – śledczej jest podstawą. Jeżeli dołożymy do tego umiejętność interpretowania emocji którym towarzyszą reakcje fizjologiczne organizmu można kontrolować i weryfikować wiarygodność zeznań – oczywiście w połączeniu z faktami.

Jak to było z powstaniem „Archiwum X”, kto to stworzył i jak oceniasz skuteczność pracy śledczych z takich zespołów? Czy publikowanie po kilkunastu latach informacji o zabójstwie, zdjęć ubrań ofiary, ma jakikolwiek sens? Jakie są szanse na rozwiązanie sprawy po znacznym upływie czasu?

Wspominałem już na początku rozmowy, że razi mnie tego typu nazewnictwo, którym posługuje się instytucja państwowa. Nie dosyć, że zapożyczone z amerykańskiego filmu to jeszcze całkowicie odbiega od przedmiotu fabuły. No chyba, że nasze zespoły do spraw nierozwikłanych, sekcje, wydziały poszukiwań i identyfikacji osób zajmują się zjawiskami nadprzyrodzonymi i bliskimi spotkaniami trzeciego stopnia. Pomijając filmowe nazewnictwo, to pojawienie się nowych metod badawczych w kryminalistyce oraz komputeryzacja, otworzyły nowe możliwości wykrywcze również w tych w sprawach, które zostały przed laty umorzone z powodu niewykrycia sprawcy i leżą w archiwum. Nie będę wdawał się w szczegóły, ale ponowna analiza zabezpieczonych w tych sprawach śladów i poszukiwanie materiału porównawczego w bazach danych przynosi często oczekiwane pozytywne rezultaty. W połączeniu z innymi czynnościami operacyjnymi i dochodzeniowo – śledczymi prowadzi np. do wykrycia sprawcy/ów zabójstwa z przed wielu lat. Podejmowanie przez policjantów takich spraw jest jak najbardziej pożądane, gdyż „grzechem” byłoby niekorzystanie z dynamicznie rozwijających się możliwości identyfikacyjnych sprawcy. Tylko patrzeć jak będziemy w Polsce stosowali fenotypowanie na podstawie DNA i myślę, że będzie to bardzo pomocne narzędzie w rękach Policji.

Czy dzisiaj sprawy o zabójstwa są rozwiązywane w podobny sposób jak dawniej, co się zmieniło na przestrzeni ostatnich 15 lat?

Rozmawialiśmy o okresie mojej służby z przed 15 lat a każde późniejsze lata to nowe doświadczenia. Paralela lat 90 i współczesnych w kontekście pracy przy przestępstwach zabójstw wskazuje jednoznacznie, że teraz Policja ma nie współmiernie większe możliwości wynikające z rozwoju nauk kryminalistycznych. Ale nie bez znaczenia są również dynamiczne zmiany i wykorzystanie nowych technologii, komputeryzacja itd. Już o tym mówiliśmy, że rozwój biogenetyki pozwala na szybką identyfikację ofiary, sprawcy, czy też pozyskanie materiału do późniejszego porównania. Przykładów mnożyć można mnóstwo. Jak chociażby tak wydawałoby się przyziemnych jak analiza bilingów telefonicznych. W latach 90 dostawaliśmy od operatorów sieci stacjonarnej i komórkowej kilka ryz papieru z wydrukami połączeń. Dzieliliśmy się w zespole kartkami i przy linijce i kolorowych flamastrach (przyniesionych z domu i zabranych z tornistra dziecka) robiliśmy analizę połączeń! Nie muszę mówić jakie to czasochłonne. Wyniki takiej analizy wizualizowaliśmy na sklejonych kartkach papieru. Czasami śmiesznie to wyglądało, bo nie każdy miał predyspozycje do rysunku technicznego i wyobraźni przestrzennej. Ale też w tamtych latach był duży nacisk na pracę operacyjną z osobowymi źródłami informacji, dzisiaj większość informacji pozyskiwana jest za pomocą środków technicznych. Dam ci taki przykład. Druga połowa lat 90, kolega z którym siedziałem w pokoju wrócił ze spotkania ze swoim OZI. Przyniósł informację, że jego źródło w luźnej rozmowie dowiedziało się o sprawcach zabójstwa z przed 9 lat. Nie słyszeliśmy o tym zabójstwie bo jeszcze wtedy nie pracowaliśmy a miało ono miejsce w 198… roku. W archiwum komendy odszukaliśmy sprawę. Okazało się, że w/w roku na Bemowie zostały ujawnione zmasakrowane zwłoki mężczyzny owinięte w grubą zasłonę okienną. Sprawa została umorzona z powodu niewykrycia sprawców. W aktach sprawy nie znaleźliśmy żadnych śladów (w tym zabezpieczonych), które można wykorzystać. Jedynym namacalnym śladem była w/w zasłona okienna ale nie było jeszcze badań DNA. Ponieważ informator powiedział, kto stoi za tym zabójstwem – łącznie pięć osób – musieliśmy „coś” znaleźć tak żeby zebrać materiał dowodowy. Niestety nie mieliśmy nic namacalnego. Podeszliśmy do tego klasycznie. Opracowaliśmy taktykę i plan czynności wobec wymienionych przez informatora osób. Nie wdając się w szczegóły, ale bez wykorzystania jakichkolwiek śladów i środków technicznych doprowadziliśmy do pozytywnego zakończenia sprawy uzyskując materiał dowodowy umożliwiający przedstawienie konkretnych zarzutów poszczególnym osobom uczestniczącym w tej zbrodni. Ciekawe jak dzisiaj podeszliby do sprawy policjanci otrzymując taką informację? „Archiwum X”?

Dziękuję za rozmowę

Dziękuję, i myślę, że wrócimy do dalszej rozmowy, kiedy już trafiłem do Wydziału d/w z Terrorem Kryminalnym i Zabójstw KSP.

Andrzej Mroczek – od 1990 roku funkcjonariusz Policji w zespole wywiadowczym na warszawskiej Woli. Później detektyw w Wydziale Kryminalnym KRP Warszawa Wola w sekcji operacyjnej zajmującej się wykrywaniem i zwalczaniem przestępstw przeciwko życiu i zdrowiu. Po utworzeniu specjalistycznych wydziałów w Komendzie Stołecznej Policji kierownik sekcji ds. aktów terroru w Wydziale do Walki z Terrorem Kryminalnym i Zabójstw. Główny specjalista i analityk Wydziału Przeciwdziałania Zagrożeniom Terrorystycznym i Przestępczości Zorganizowanej w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji. Ukończył szereg specjalistycznych kursów operacyjno – rozpoznawczych i dochodzeniowo – śledczych, m.in. certyfikowane: Identyfikacji Broni Palnej i Materiałów Wybuchowych ATF (Bureau of Alcohol,Tobacco and Firearms) Departamentu Skarbu USA, polskiego śledztwa powybuchowego oraz ZD11 niemieckiego BKA, Terroryzmu i Proliferacji Broni Masowego Rażenia Departamentu Obrony USA. Posiada uprawnienia do neutralizacji ładunków i urządzeń wybuchowych pozyskiwanych drogą operacyjną (minersko-pirotechniczne). Odznaczony przez Prezydenta RP brązowym Krzyżem Zasługi i MSWiA resortową brązową i srebrną odznaką Zasłużonego Policjanta (za wkład z zakresu zwalczania aktów terroru kryminalnego i bezpieczeństwa antyterrorystycznego).

  • Marek Kozłowski

    ‚…Funkcjonariusz, kiedy przyjeżdża na miejsce zdarzenia musi w ułamku sekundy ocenić sytuację, którą zastał, wyciągnąć wnioski, dostosować swoją taktykę, użyć środków adekwatnych do zaistniałej sytuacji i przewidzieć ich skutki itd. Tu nie ma powtarzalności, każde zdarzenie, każda interwencja jest inna i dlatego tak ważne jest doświadczenie, nie tylko zawodowe ale i życiowe. …’
    to sie powinno ‚swiezakom’ wbijac do glowy od pierwszego dnia… pozniej sami moga ocenic, ile razy im to d… uratuje. w przenosni i doslownie

  • Janusz Bartkiewicz

    Janusz Bartkiewicz – kolega na samym początku lat 90-tych jechał PKS-em do CLK KGP w Warszawie z torą foliową, w której znajdowała się zapakowana głowa kobiety po ekshumacji zwłok . Opowieść o tym mam zarejestrowane (zapis cyfrowy), co już niedługo opiszę w swoich wspomnieniach. A w roku 1998 – sprawie zabójstwa pary studentów a Narożniku – pierwszy raz zetknąłem się osobiście z proliferami z Instytutu Shena w Krakowie..

Facebook