GDY ŚLEDCZY I ZABÓJCA ZJAWIAJĄ SIĘ NIE W PORĘ

Ewelina Dyda, fot. Maksymilian Rigamonti

Tarnobrzeg to spokojne miasto, w którym czynnik przestępczości w ostatnich latach jeszcze spadł. Fikcja literacka jednak rządzi się swoimi prawami i pewne rzeczy można podkręcać, aby wzbudzić zainteresowanie czytelnika. Zwłaszcza jeśli mamy do czynienia z kryminałem. Choć zdaję sobie również sprawę z tego, że współczesny autor kryminałów jest także pisarzem realistą. W „Przychodzę nie w porę” jest seryjny morderca, ale starałam się, aby cała historia miała jednak tarnobrzeski wymiar. Geneza fabuły jest mocno związana z Tarnobrzegiem, a reakcje tutejszych mieszkańców, mediów starałam się kreować z zachowaniem prawdopodobieństwa, tak jak by to wyglądało, gdyby w mieście rzeczywiście doszłoby do opisywanych w książce wydarzeń.

Z Eweliną Dydą, pisarką, autorką „Złej waluty” oraz najnowszego kryminału noir „Przychodzę nie w porę” – rozmawia Anna Ruszczyk.

Jak to właściwie jest z czytelnictwem w Polsce? Czy słusznie miłośnicy książek biją na alarm?

Z jednej strony mamy statystyki alarmujące o niskim poziomie czytelnictwa, ale z drugiej wystarczy zajrzeć na portale społecznościowe, by przekonać się, że ludzie jednak czytają i to sporo. Więcej, czują nie tylko potrzebę sięgnięcia po książkę, ale także chęć podzielenia się wrażeniami z lektury. Istnieje masa grup, gdzie czytelnicy mogą znaleźć osoby o podobnym guście, nie tylko w kwestii gatunku, ale również jeśli chodzi o konkretnych pisarzy. Istnieją więc grupy poświęcone kryminałom, Stephenowi Kingowi, czy innym popularnym autorom. Ludzie wymieniają swoje spostrzeżenia, polecają sobie wzajemnie pozycje, które według nich są szczególnie warte uwagi. Poza tym wciąż funkcjonują blogi literackie. Wielu osobom nadal się chce pisać dłuższe teksty, mimo że pojawiły się inne media, na przykład Instagram, gdzie propagowanie czytelnictwa sprowadza się jedynie do fotografowania książek. Niemniej statystyk nie należy lekceważyć. Wirtualna rzeczywistość jest zwodnicza i to, że ktoś codziennie wrzuca zdjęcia ze stosikami książek wcale nie musi oznaczać, że je w ogóle czyta. Tak samo jak ilość polubień na stronie autora wcale nie musi się przekładać na ilość osób, które regularnie czytają jego książki. Wciąż warto więc robić wszystko, aby propagować czytelnictwo.

Co według Pani należałoby zrobić, zmienić, aby ludzie chętniej i częściej czytali?

Ciężko jest namówić kogoś do czegoś, co nigdy nie było dla niego istotne, do czegoś, czego nie wyniósł z domu, czy nie zetknął się w okresie dorastania. Mnie zawsze powtarzano, że czytanie jest ważne. Uważam więc, że zachęcać do czytania należy już od małego, bo potem coraz trudniej jest wyrobić w sobie ten nawyk. Przecież tak naprawdę książki są na wyciągnięcie ręki. Jeśli nie mamy pieniędzy na ich kupowanie, idźmy do biblioteki. Nie mamy miejsca w domu na regał z książkami, zaopatrzmy się w czytnik. A gdy nie mamy czasu, słuchajmy audiobooków – w drodze do pracy, na przerwie; wydaje mi się, że nawet najbardziej zabiegany człowiek ma chwilę, którą z powodzeniem mógłby poświęcić na książkę w formie audio. Wniosek z powyższego jest taki, że jeśli ktoś nie czyta, to najzwyczajniej mu się nie chce. A lenistwo trudno pokonać. Być może wówczas należy pokazać, że czytanie jest czymś fajnym, że jest rozrywką, której warto się oddawać, bo ma same korzyści: odrywa od codziennych spraw, wzbogaca słownictwo, pobudza myślenie. Chyba nie muszę wymieniać dalej, bo o tym pewnie każdy wie.

Recenzentka, czy pisarka? Kim dziś łatwiej być?

To zależy z jakiego punktu widzenia na to spojrzymy. Jeśli chodzi o sferę finansową, to bycie pisarką ma pod tym względem lepsze perspektywy. Recenzowanie książek wiąże się zwykle z pracą za darmo, albo wynagradzaniem, z którego trudno byłoby się utrzymać, nawet jeśli współpracuje się z wydawnictwami jako recenzent wewnętrzny. Ale zostać recenzentem i dzielić się swoimi spostrzeżeniami z lektury jest o wiele łatwiej w dzisiejszych czasach, kiedy mamy do dyspozycji media społecznościowe. Wystarczy mieć pomysł i konsekwencję w działaniu. Choć oczywiście nie zawsze przekłada się to na popularność. Natomiast, aby zostać pisarką nie wystarczy mieć tylko pomysł na książkę, ale też musi się znaleźć wydawca, który będzie chciał w nas zainwestować. To często długie miesiące czekania, a odpowiedź nie zawsze jest pozytywna. No i oczywiście praca nad książką wymaga więcej wysiłku i czasu, niż recenzowanie.

Zapytam wprost: czy z pisania książek można godnie żyć?

Tak, o ile jesteśmy bestsellerowymi pisarzami. Początki są trudne. Książki debiutantów nie sprzedają się tak dobrze, jak kolejne powieści popularnych autorów, co ma też swój wymiar finansowy. Czasem potrzeba kilku książek, aby dany autor stał się dobrze sprzedającym pisarzem. A czasem nawet kilka pozycji na koncie nie pomoże. Różne mogą być tego przyczyny, niekoniecznie fakt, że autor jest złym pisarzem. To może być źle prowadzona promocja lub jej brak, czy niechęć autora do autopromocji w myśl, że książka powinna sprzedać się sama. Wszystko potem przekłada się na pieniądze, które lądują w portfelu, albo nie. Poza tym wydawnictwo nie jest podmiotem charytatywnym, więc po prostu nie inwestuje dalej w coś, co nie przynosi zysków. Dlatego według mnie tak ważne jest kupowanie książek autora, którego lubimy czytać. Zwłaszcza jeśli jest to jeszcze autor mało znany, debiutant. Niby to oczywiste, ale okazuje się, że nie zawsze. Gdy idziemy do fryzjera, płacimy za usługę, w sklepie wykładamy pieniądze na produkty, które są nam potrzebne, ale gdy mamy do czynienia z wytworami kultury czasem brakuje nam tej świadomości, że książka to też efekt czyjejś pracy, za którą trzeba zapłacić. Stąd na różnych grupach można zauważyć tendencję do wymieniania się darmowymi e-bookami, istnieją strony, gdzie bez trudu można ściągnąć darmowy PDF, a to przecież okradanie autora i naruszanie praw autorskich.

Jak dziś twórca może przejąć inicjatywę i samemu się wypromować? Co się zmieniło w tym zakresie na przestrzeni ostatnich dwudziestu, trzydziestu lat?

Na pewno pojawiły się media społecznościowe, które umożliwiają publikację informacji na temat nowych książek, planowanych spotkań autorskich, postępów w pracy nad kolejną pozycją, a także ułatwiają bezpośredni kontakt autora z czytelnikiem. Teraz łatwiej jest dotrzeć do odbiorcy, ale mimo wszystko wciąż ważne jest wydawanie książek w dobrym, uznanym wydawnictwie. Pomijając fakt, że dobre wydawnictwo jest gwarantem dobrze wydanej książki, pod względem redakcyjnym chociażby, to gwarantuje również to, że książka będzie odpowiednio promowana. Bez wsparcia wydawnictwa, które ma dobry dział marketingu, bazując jedynie na własnych możliwościach, nie zawsze da się zdobyć czytelników. Media społecznościowe, internet, dają możliwości każdemu, stąd mamy mnogość stron autorskich, prowadzą je nawet aspirujący autorzy, którzy jeszcze nawet nie napisali jednej książki, a już próbują sobą zainteresować odbiorcę. Samemu z tej mnogości ciężko się wybić. Poza tym nie należy zapominać, że w świecie, gdzie główny nacisk kładzie się na kontakt wirtualny, istotny jest również kontakt bezpośredni. Spotkań autorskich nie zastąpią żadne media społecznościowe. Toteż próbując promować się samemu, również o tym należy pamiętać.

Ilość napisanych książek, czy ich jakość? Co jest ważniejsze z punktu widzenia pisarza?

Jeśli chce się być dobrym pisarzem, to zdecydowanie należy postawić na jakość. Co też staram się robić. Chcę, aby moja każda kolejna książka była lepsza od poprzedniej, ale aby to osiągnąć potrzeba czasu. Nie da się napisać dobrej książki w trzy miesiące. To oczywiście może być książka wciągająca, ale przy pośpiechu wychodzą błędy, płaskie ujęcie tematu, niedopracowany język. Oczywiście im więcej książek wydanych na rok, to więcej pieniędzy w kieszeni pisarza i to przez niektórych może być uważane za ważniejsze, niemniej ja wolę postawić na jakość.

W Pani twórczości widać nawiązania do takich znakomitości jak chociażby Stephen King, kto jeszcze stanowi dla Pani źródło inspiracji?

To prawda. Stephen King to ważny autor jeśli chodzi o drugą książkę. Właściwie, gdyby nie przypadkowe zetknięcie się z jedną z jego pozycji, druga książka wyglądałaby zupełnie inaczej. Mnóstwo rzeczy mnie inspiruje. Filmy, książki i życie. Ale są pisarze, do których mam szczególny sentyment, i z których twórczości staram się czerpać inspirację w szczególny sposób. To twórcy czarnego kryminału, czyli Raymond Chandler, Dashiell Hammett i Ross Macdonald.

Jeśli chodzi o życie…to co może zainspirować do napisania kryminału?

Absolutnie wszystko. Rozmowy słyszane na ulicy, książka wypożyczona z biblioteki, obserwacja ludzi, ludzkie historie, artykuły przeczytane w gazecie, sprawy o podłożu kryminalnym, które wydarzyły się naprawdę… Trzeba mieć tylko czujne wszystkie zmysły, a inspiracja często przychodzi sama.

Udajmy się na chwilę do Tarnobrzegu. Dlaczego w tym mieście dochodzi do tak makabrycznych wydarzeń?

Tak naprawdę Tarnobrzeg to spokojne miasto, w którym czynnik przestępczości w ostatnich latach jeszcze spadł. Fikcja literacka jednak rządzi się swoimi prawami i pewne rzeczy można podkręcać, aby wzbudzić zainteresowanie czytelnika. Zwłaszcza jeśli mamy do czynienia z kryminałem. Choć zdaję sobie również sprawę z tego, że współczesny autor kryminałów jest także pisarzem realistą. W „Przychodzę nie w porę” jest seryjny morderca, ale starałam się, aby cała historia miała jednak tarnobrzeski wymiar. Geneza fabuły jest mocno związana z Tarnobrzegiem, a reakcje tutejszych mieszkańców, mediów starałam się kreować z zachowaniem prawdopodobieństwa, tak jak by to wyglądało, gdyby w mieście rzeczywiście doszłoby do opisywanych w książce wydarzeń.

Jak książka została odebrana przez mieszkańców Tarnobrzega?

Bardzo dobrze. Właściwie stała się pewnego rodzaju fenomenem, bo nie zdarzyło się dotąd, aby ktoś napisał kryminał z akcją osadzoną w realiach tarnobrzeskich. Dostałam wiele miłych wiadomości z opiniami po lekturze „Złej waluty”, a na początku tego roku otrzymałam tytuł Człowieka Roku w kategorii kultura właśnie za „Złą walutę”, więc to też była dla mnie odpowiedź od czytelników, że książka im się spodobała. Negatywne opinie, jeśli takie były, do mnie nie dotarły.

Czy detektyw Jakub Rau istnieje naprawdę?

Jakub Rau to postać fikcyjna, ale mająca wiele z typowego współczesnego trzydziestolatka. Po studiach nie znajduje zatrudnienia w wyuczonym zawodzie. Właściwie nawet za bardzo się o to nie stara, bo pomimo zainteresowania literaturą, studia również wybrał trochę z przypadku. Po porażce w życiu osobistym wraca do rodzinnego Tarnobrzega. Zaczyna od nowa, przekwalifikowuje się i zostaje prywatnym detektywem. Jako że jest bohaterem czarnego kryminału, ma też pewne cechy charakterystyczne dla postaci wpisanej w czarno-kryminalną konwencję. Ale wszystko jest trochę przewrotne, z przymrużeniem oka, sam często odżegnuje się od Philipa Marlowe’a. To taki typ wiecznego chłopca zarówno jeśli chodzi o zachowanie, jak i wygląd. Jeśli chodzi o to ostatnie, to najbardziej pasuje tutaj aktor Mikołaj Roznerski. W przeciwieństwie jednak do większości bohaterów kryminałów Kuba jest postacią rozwojową. Myślę, że widać to już w drugiej części. Trzecia, nad którą pracuję, przyniesie kolejne zmiany.

Śledczy, a może zabójca? Kto najczęściej przychodzi nie w porę?

Myślę, że można zaryzykować stwierdzenie, że zarówno śledczy jak i zabójca. Ten ostatni odbierając komuś życie, zawsze robi to nie w porę, bo jest to śmierć niespodziewana. Śledczy natomiast czasami nie w porę pojawiają się na miejscu potencjalnej zbrodni, nie zdążą zabezpieczyć śladów, czy najzwyczajniej w świecie muszą odbyć rozmowę z bliskimi ofiary, bo liczy się czas, a pora jest zupełnie nie odpowiednia – bo rozpacz, czy szok wywołany śmiercią bliskiej osoby. Najważniejsze jednak jest to, aby prędzej czy później sprawca został wykryty i ukarany. I o tym na szczęście jest większość kryminałów.

Czego mogłabym Pani życzyć: nieustającej weny twórczej, rzeszy wiernych Czytelników, bycia na tak zwanej topce wśród pisarzy? A może zupełnie czegoś innego?

Wszystkiego, co Pani wymieniła, plus zdrowia, abym mogła jak najdłużej pisać i realizować swoje marzenia.

Dziękuję za rozmowę

Facebook