Pętla na szyi zaciska się

Anka Mrówczyńska (archiwum własne)

Prawdę mówiąc, „Psychiatryk” zaczęłam pisać sama dla siebie. Na oddziale zamkniętym szpitala psychiatrycznego wylądowałam po kilku dniach terapii na Oddziale Dziennym Leczenia Nerwic. Zanim podjęłam tę terapię, korzystałam z pomocy psychologa w Centrum Interwencji Kryzysowej. Bardzo chciałam zostać przyjęta na inny oddział dzienny. Niestety, odesłano mnie do Krakowa, do szpitala im. Babińskiego, którego jeden z oddziałów słynie z leczenia osobowości chwiejnej emocjonalnie, typu borderline. Byłam bardzo rozczarowana, gdyż miałam ogromne plany co do leczenia na tamtym oddziale dziennym. Już wtedy planowałam napisanie książki, która byłaby świadectwem mojej drogi ku leczeniu i samego leczenia. Kiedy w końcu trafiłam na oddział zamknięty, miałam ze sobą zeszyt i długopis. Zaczęłam pisać, co przychodziło mi do głowy. Początkowo była to typowa autoterapia poprzez pisanie, jednak po jakimś czasie miałam ambicję, by był to namacalny wgląd w moje życie wewnętrzne.

Z Anką Mrówczyńską, autorką książki „Młody bóg z pętlą na szyi. Psychiatryk” – rozmawia Anna Ruszczyk.

Masz już na swoim koncie kilka książek, chciałabym wrócić na chwilę do tego stanu, jaki odczuwa autor po wydaniu swojej pierwszej książki. Od czego zaczęła się przygoda z pisaniem, jak wyglądały początki?

Jakie to uczucie? Wspaniałe! To spełnienie największego marzenia, którym żyłam od lat. Właściwie przez większość życia. Choć u mnie było to podzielone na dwa etapy. Najpierw wydałam e-booki, a dopiero po 3 latach pierwszą książkę w wersji papierowej. Kiedy już uda ci się wydać tę pierwszą książkę, nieważne czy w wersji tradycyjnej, czy elektronicznej, zaczynasz wierzyć, że to nie mrzonki, lecz naprawdę możesz spełnić swoje marzenia. Jeśli chodzi o początki, to pisałam praktycznie odkąd nauczyłam się tej czynności. Pierwszy wiersz napisałam mając jakieś siedem lat – na Dzień Matki. W wieku jedenastu lat zaczęłam pisać swoją pierwszą książkę, jednak po kilkunastu stronach w zeszycie A5 przerwałam. A wiesz dlaczego? Bo za punkt honoru wzięłam sobie ręczne przepisanie „W pustyni i w puszczy”. Po co? Któż to może wiedzieć! Do dwudziestego szóstego roku życia napisałam ponad sześćset wierszy, choć biorąc pod uwagę te, które w międzyczasie się zagubiły, mogło ich być nawet około tysiąca. Potem zaczęłam pisać kilka powieści, ale każdy projekt kończyłam po kilkunastu, kilkudziesięciu stronach i przerywałam prace twierdząc, że to bez sensu lub, że i tak nie uda mi się skończyć. W końcu, kiedy trafiłam na oddział zamknięty szpitala psychiatrycznego, napisałam swoją pierwszą książkę od początku do końca. A potem już jakoś to poszło.

Jak się pisze o sprawach poważnych z domieszką ironii, czy można zachować dystans do własnych przemyśleń?

O, tak! W całym tym nieszczęściu i złośliwości losu, za tę cechę jestem ogromnie wdzięczna swoim genom. Właśnie za to, że mam ogromny dystans do siebie. Choć właściwie nauczyłam się tego wraz z biegiem czasu. Szczerze mówiąc, lubię podchodzić do siebie, swoich myśli, emocji i przeżyć z ironią, a nawet sarkazmem. To doskonale uczy dystansu do siebie i swoich problemów. Polecam każdemu!

Czy pracując nad tekstem na bieżąco poddajesz się emocjom, opisujesz je, czy też część z przeżyć jest po części fikcją wykreowaną na potrzeby oddania nastroju, bądź dramatyzmu?

To zależy od tego, co piszę. Jeśli chodzi o książki autobiograficzne (a szczególnie „Psychiatryk”, który był zapisem moich myśli jeden do jednego) jest to rejestrowanie moich emocji i faktycznych przeżyć. Chodzi mi o to, by jak najwierniej oddać to, co dzieje się w moim świecie wewnętrznym. Ogólnie rzecz biorąc jestem zdania, że jeśli bierzesz się za pisanie tego typu powieści, musisz to robić absolutnie szczerze. Nie możesz ściemniać, bo Czytelnik to wyczuje. Poza tym, skoro decydujesz się na odsłonienie siebie, powinnaś to robić od początku do końca. W przeciwnym razie, nawet się za to nie zabieraj. Jeśli zaś chodzi o beletrystykę, jest to fikcja, choć z lekką domieszką własnych doświadczeń.

Która z książek twojego autorstwa jest dla ciebie tą najważniejszą, najbliższą sercu?

Szczerze? „Młody bóg z pętlą na szyi. Psychiatryk”. To zdecydowanie jest dla mnie najważniejsza pozycja z tego względu, że była to pierwsza książka napisana przeze mnie od początku do końca. Przede wszystkim napisanie jej, ale też to, że została ona bardzo dobrze przyjęta nie tylko przez osoby zaburzone i ich bliskich, ale i profesjonalne środowisko psychologiczno-psychiatryczne, dało mi kopa do napisania kolejnych części cyklu oraz dokończenia zaczętej kilka lat wcześniej „Borderline: Autoterapia, czyli o sprawach poważnych z solidną dawką autoironii”. Na drugim miejscu jest „Uśpiona. Który to wariant rzeczywistości?”, gdyż jest to moja pierwsza pozycja beletrystyczna.

W książce „Młody bóg z pętlą na szyi. Psychiatryk” pokazujesz świat bardzo skomplikowany, pełen emocji i zawirowań. Moją uwagę przykuła w tym wszystkim postać Mrówka. Jak Antoni odnajduje się w roli bohatera twoich książek?

Mrówek… Wspominałam już, że to miłość mojego życia? [śmiech].Początkowo Antoni miał obiekcje i nie chciał być bohaterem moich książek autobiograficznych. Jednak wyjaśniłam mu, że jest dużą, bardzo ważną i integralną częścią mojego życia. Także pisząc tytuły autobiograficzne, po prostu nie mogę, ot tak, wyciąć go, pominąć. W końcu to zaakceptował i zgodził się, by o nim pisać. Choć staram się nie zdradzać szczegółów dotyczących jego życia prywatnego, czegoś, po czym można by go zidentyfikować.

Dla kogo, z myślą o kim napisałaś „Młodego boga z pętlą na szyi. Psychiatryk”, kto według ciebie powinien przeczytać tę książkę?

Prawdę mówiąc, „Psychiatryk” zaczęłam pisać sama dla siebie. Na oddziale zamkniętym szpitala psychiatrycznego wylądowałam po kilku dniach terapii na Oddziale Dziennym Leczenia Nerwic. Zanim podjęłam tę terapię, korzystałam z pomocy psychologa w Centrum Interwencji Kryzysowej. Bardzo chciałam zostać przyjęta na inny oddział dzienny. Niestety, odesłano mnie do Krakowa, do szpitala im. Babińskiego, którego jeden z oddziałów słynie z leczenia osobowości chwiejnej emocjonalnie, typu borderline. Byłam bardzo rozczarowana, gdyż miałam ogromne plany co do leczenia na tamtym oddziale dziennym. Już wtedy planowałam napisanie książki „Młody bóg z pętlą na szyi”, która byłaby świadectwem mojej drogi ku leczeniu i samego leczenia. Kiedy w końcu trafiłam na oddział zamknięty, miałam ze sobą zeszyt i długopis. Zaczęłam pisać, co przychodziło mi do głowy. Początkowo była to typowa autoterapia poprzez pisanie, jednak po jakimś czasie miałam ambicję, by był to namacalny wgląd w moje życie wewnętrzne. „Psychiatryk” napisałam szczególnie z myślą o specjalistach, którzy, według mojej wiedzy, nie mieli dostępu do tego typu książki, zwłaszcza w naszym ojczystym języku i osadzonej w polskich realiach. Kto jeszcze powinien ją przeczytać? Myślę, że każdy, kto jest zainteresowany tajnikami ludzkiej psychiki.

Jak wyglądają plany i marzenia wydawnicze Anki Mrówczyńskiej na najbliższe tygodnie, miesiące a może lata?

Dziesiątego września będzie premiera papierowej wersji drugiej części cyklu „Młody bóg z pętlą na szyi”, czyli „Terapia u Doktorka”. W listopadzie zaś wyjdzie na papierze trzecia część cyklu – „Samobójstwo na raty”. Jeśli chodzi o przyszłość, raczej tę bliższą… Mam napisane dwa thrillery psychologiczne – „Bestseller. W pułapce” i „Dwa słowa”. Obie te pozycje wymagają jeszcze sporo pracy. Niedługo mam zamiar zabrać się za rozwinięcie „Dwóch słów”. Póki co jednak, mam etap czytelniczy, w którym nie piszę, a czytam książki innych autorów, zbieram siły i czekam na przypływ weny [śmiech]. Jeśli chodzi o plany długofalowe… Marzę o tym, by kiedyś móc utrzymywać się z pisania.

Dziękuję za rozmowę

Facebook