„OSTATNI ŻYWY ŚWIADEK” Michaud Stephen G. , Aynesworth Hugh [fragment]

Surowe, imponujące, wulkaniczne Góry Kaskadowe dzielą stan Waszyngton na dwie odrębne i odmienne strefy. Na wschód od tej wysokiej linii podziału ciągną się pofałdowane tereny rolnicze i niemal pustynne obszary, cechujące się upalnymi latami i nierzadko ostrymi zimami. Na niższych wysokościach na zachód od Gór Kaskadowych klimat jest łagodniejszy i znacznie bardziej wilgotny. Gleba bywa wysoce kwasowa, panuje tam wszechogarniająca wilgotność oraz bogactwo fauny i flory. W tych warunkach wystawione na działanie przyrody zwłoki znikają bardzo szybko.

Dominującymi barwami zachodniego Waszyngtonu są zielony, niebieski, biały i szary. Zieleń rozległych lasów iglastych i parków narodowych, błękit jezior i słonowodnych zatoczek wykrojonych eony temu przez monumentalne lodowce, biel przez okrągły rok pokrywa co wyższe górskie szczyty, natomiast niebo przez większość czasu jest przygnębiająco szare, a to z powodu często spotykanych układów atmosferycznych północnego Pacyfiku, które spadają z pluskiem na półwysep Olympic, a następnie, przesuwając się w głąb lądu ku zaporze Gór Kaskadowych, łagodnieją. Słońce lśni nad zachodnim Waszyngtonem rzadko.

Na przekór chłodowi i mgłom oraz ciemnym dniom, które zimą już około pierwszej po południu zaczynają przechodzić w zmierzch, nieustępliwi mieszkańcy stanu spędzają wiele czasu pod gołym niebem. Można odnieść wrażenie, że praktycznie każdy posiada tam łódkę, kampera, domek w górach albo nad jeziorem, ewentualnie regularnie jeździ w takie miejsca kolosalnymi RV, czyli pojazdami rekreacyjnymi (recreational vehicle). Polowania na ptaki, jelenie czy niedźwiedzie cieszą się w Waszyngtonie dużą popularnością. Podobnie wędkowanie.

Nawet miejska ludność stanu, skupiona głównie w Seattle i wokół tego miasta, gdzie największymi przedsiębiorstwami są Boeing i Microsoft, jest krzepka, w zdecydowanej większości biała i zorientowana na świat natury poza obrzeżami metropolii. Dla miejscowych zachodni Waszyngton od zawsze był boską ziemią, na wpół odizolowaną, zachowawczą, żyjącą własnym życiem strefą, do której chaos, gwar i skrajności świata zewnętrznego nie zdołały jeszcze wtargnąć. Wydaje się bardzo bezpieczny i czysty. Powiadają, że to dobre miejsce, aby założyć rodzinę.

Przed 1 lutego 1974 roku James i Joyce Healy zapewne by się pod tym podpisali. Mieszkali na wygodnym, porośniętym jodłami przedmieściu na wschód od Seattle. James pracował w firmie zajmującej się kasami fiskalnymi, Joyce była gospodynią domową. Dorobili się trojga radosnych, dobrze wpasowanych w otoczenie dzieci: nastoletniego syna Roberta oraz córek Laury i dwudziestojednoletniej Lyndy.

Lynda Healy były spełnioną piosenkarką, ekstrawertyczką i ulubienicą matki. Miała uroczy głos, duże błękitne oczy, sięgające ramion brązowe włosy oraz spokojny uśmiech świadczący o opanowaniu i pewności siebie. Była smukła i energiczna, studiowała na ostatnim roku psychologii na Uniwersytecie Waszyngtońskim i chciała zostać nauczycielką. Lubiła pracę z dziećmi.

Poprzedniej jesieni wraz z czterema koleżankami przeniosła się z akademika do zielonego, dwupiętrowego drewnianego domu w dzielnicy uniwersyteckiej Seattle. Lynda miała własny pokój z oknem, choć w piwnicy. Za cienkim przepierzeniem ze sklejki znajdował się drugi.

Pracowała jako prezenterka wiadomości narciarskich w lokalnej rozgłośni radiowej. Dla rzeszy miejscowych miłośników narciarstwa była po prostu słodką Lyndą (w eterze nie podawano nazwisk), która przyjemnym, mruczącym głosem ogłaszała, że Paradise Valley jest już otwarta, że w Crystal Mountain napadało 15 centymetrów świeżutkiego puchu, że w Alpenthal będzie można pozjeżdżać nocą.

Każdego ranka przed zajęciami Lynda wstawała i jechała do radia na rowerze. Była to krótka podróż w ciemnym choć oko wykol przedświcie zimowego Seattle. Często padało, a po dzielnicy uniwersyteckiej rzadko chodzili o tej porze jacyś ludzie. W niewielu amerykańskich miastach młoda kobieta odważyłaby się na takie ryzyko, ale Lynda Healy najwyraźniej nie uważała, że samotne przemierzanie dzielnicy, w której mieszkała od czterech lat, niesie ze sobą jakieś zagrożenie. Wydaje się, że nie wiedziała, iż na początku stycznia 1974 roku nieopodal miejsca, w którym mieszkała, ktoś zaatakował młodą kobietę.

Mary Adams (pseudonim) podobnie jak Lynda mieszkała w piwnicznej sypialni z oknem, w domu, który dzieliła z kilkoma innymi osobami. Gdy w łóżku napadł ją obcy mężczyzna, twardo spała. Wielokrotnie uderzył ją w głowę ciężkim, metalowym prętem. Brutalnie wsadził w nią wziernik, powszechnie dostępny w magazynach z materiałami medycznymi próbnik dopochwowy. To krwawe, szaleńcze „badanie” spowodowało rozległe obrażenia wewnętrzne. Mary Adams spędziła kilka miesięcy w śpiączce, ale przeżyła. Nie pamiętała ataku ani napastnika.

Wieczorem w czwartek 31 stycznia 1974 roku Lynda Healy przygotowała na kolację dla współlokatorów zapiekankę. Po posiłku poszła z jedną z dziewczyn oraz znajomym mężczyzną na kilka piw do pobliskiego studenckiego baru „U Dantego”. O 21.00 była z powrotem w domu, a o 23.00 położyła się do łóżka i jak zwykle nastawiła budzik na 5.30. Mniej więcej godzinę później dziewczyna mieszkająca w prowizorycznym pokoju obok sypialni Lyndy zeszła na dół i także położyła się spać. Ta łatwo wyrywająca się ze snu współlokatorka nie słyszała żadnych hałasów przez całą noc, dopóki rano nie rozdzwonił się budzik Lyndy – i nie milknął. Po pewnym czasie zadzwonił kierownik z radia. Gdzie Lynda? Nie przyjechała do pracy. Szybkie poszukiwania pozwoliły ustalić, że w domu jej nie ma, choć rower stał na miejscu.

Współlokatorki Lyndy od razu nabrały obaw. Gdy nie pojawiła się przez cały piątek, obawy przerodziły się w strach. Około 16.00 do domu dziewcząt zadzwoniła Joyce Healy, która wraz z resztą rodziny spodziewała się córki na kolacji.

– Nie widziałyśmy Lyndy od rana! – wypaliła do słuchawki jedna z mieszkanek domu i zalała się łzami. Joyce poczuła, jak lód skuwa jej kręgosłup.

Od razu wiedziałam, że stało się coś bardzo złego. Natychmiast zadzwoniłam na policję”, wspominała w rozmowie z nami.

Razem z mężem Jimem spotkała się z funkcjonariuszami w domu Lyndy. Wszystkie dziewczyny zgromadziły się w salonie i żadna nie wychodziła z niego samotnie. Policjanci zachowywali się uprzejmie, fachowo i nie ukrywali sceptycyzmu, że doszło do przestępstwa. Podobne przypadki stanowiły dla nich chleb powszedni. Swoimi pytaniami sugerowali, że w tajemniczym zaginięciu nie ma żadnej tajemnicy. Mówili, że Lynda na pewno znajdzie się u swojego chłopaka albo zadzwoni, że niedługo wróci do domu.

Ale Joyce Healy wiedziała, że to nieprawda.

Spokojnie wyjaśniła policjantom, że Lynda by tak nie postąpiła. Nie jej Lynda.

– Cóż – odparł jeden z funkcjonariuszy – właśnie te, po których człowiek się nie spodziewa, tak robią.

Policja sprawdziła pokój Lyndy. Na jej poduszce i prześcieradle znaleziono małe plamy krwi. Należały do grupy A+, grupy Lyndy, podobnie jak z kolejnej zakrzepłej plamki odkrytej na jej koszuli nocnej, którą ktoś starannie powiesił w szafie. Oficjalny wniosek: Lynda Healy doznała nocnego krwawienia z nosa i udała się gdzieś, żeby je zatamować. Ktoś powinien sprawdzić okoliczne szpitale.

Z pokoju zniknął jej czerwony plecak oraz część ubrań, co sugerowało, że opuściła dom dobrowolnie. Jednak brakowało też kołdry i ozdobnej czerwonej jedwabnej poszewki na poduszkę. Co więcej, łóżko zostało bardzo starannie, po szpitalnemu zaścielone, co wymagało odsunięcia, a następnie ponownego przysunięcia łóżka do ściany. Policja mogłaby się zastanawiać, dlaczego młoda kobieta, która w ogóle rzadko ścieliła łóżko, zadała sobie tyle trudu przy krwawiącym nosie? Po co usunęła kołdrę? Dlaczego zabrała poszewkę?

Teoria, która później zostanie uznana za najbardziej prawdopodobną, z początku brzmiała niedorzecznie. No bo jak ktoś mógł w środku nocy wejść do domu, zakraść się na dół, obezwładnić Lyndę, owinąć ją w kołdrę, po czym wynieść jej mierzące 170 centymetrów i ważące 52 kilogramy ciało z powrotem po schodach na zewnątrz, tak że nikt tego nie usłyszał? Podejrzany musiałby też starannie pościelić łóżko, odwiesić koszulę nocną, wybrać jej strój na zmianę i zabrać plecak.

Policja odrzuciła tę naciąganą możliwość i nie zebrała w pokoju Lyndy odcisków palców ani dowodów w postaci włosów czy włókien. Nie sprawdziła nawet plamy nasienia odnalezionej na prześcieradle.

Przez kilka kolejnych miesięcy policja z Seattle nie dowie się niczego nowego. Nawet gdy zrozumie, że nie chodziło o żadne nocne krwawienie z nosa i że Lyndę Healy naprawdę ktoś porwał, będzie musiało minąć jeszcze kilka miesięcy, zanim policja pomyśli o porównaniu zniknięcia Healy z napaścią na Mary Adams. Z całą pewnością było za wcześnie na wysuwanie hipotezy, że po dzielnicy uniwersyteckiej grasuje nocami morderca, który być może ma jakieś doświadczenie szpitalne (charakterystyczny sposób zaścielenia łóżka), dostęp do materiałów medycznych (wziernik) i poluje na ofiary.

Seattle Times” i „Seattle Post-Intelligencer” opublikowały kilka artykułów o zniknięciu Lyndy Healy, ale gdy policyjne dochodzenie utknęło w ślepym zaułku, gazety przestały opisywać sprawę.

Wtedy, 29 marca, niemal dwa miesiące po zaginięciu Healy, czytelnicy „Timesa” ujrzeli nagłówek: „W poszukiwaniu rozwiązania zaginięcia studentki”. Autor artykułu pisał, że 12 marca z kampusu Uniwersytetu Stanowego Evergreen w stolicy stanu Olympii, niecałe 100 kilometrów na południe od Seattle, zaginęła dziewiętnastoletnia Donna Gail Manson. Po raz ostatni widziano ją około 19.00, gdy wychodziła z akademika na odbywający się na kampusie koncert jazzowy.

Donna Gail Manson była nieco szaloną marzycielką, zupełnym przeciwieństwem pogodnej i ułożonej Lyndy Healy. Była muzykalna jak Lynda (Donna grała na flecie), ale oprócz tego zgłębiała okultyzm, tworzyła ckliwą poezję, fascynowali ją średniowieczni alchemicy. Wydaje się, że nauka ją nudziła, często przygnębiały ją niemal nieustanne deszcze nawiedzające zachodnią część stanu Waszyngton.

Jej zaginięcie zgłoszono dopiero po pięciu dniach. Znajomi Donny wiedzieli, że istniało spore prawdopodobieństwo, że poznała jakiegoś nowego przyjaciela; nie zdziwiliby się również, gdyby pod wpływem kaprysu postanowiła nagle gdzieś wyjechać. Nie byłby to pierwszy raz. Kilka miesięcy wcześniej ruszyła autostopem na kilka dni na południe, do Oregonu, nie zaprzątając sobie głowy, aby kogokolwiek powiadomić, dokąd zmierza (o ile sama wiedziała) i jak długo jej nie będzie.

Teraz zniknęła na dobre.

Na wieść o zaginięciu Donny policja rozważała możliwość, że popełniła samobójstwo, wiedziano bowiem, że przeżywała częste huśtawki nastrojów. Nie znaleziono listu pożegnalnego ani zwłok, więc gdy nie wróciła na kampus, policja uznała, że Donna Manson została porwana. Nikt jednak nie wiedział, jak do tego doszło. Wyszła w mglistą, ponurą noc, opatulona w długi płaszcz po babci, który bardzo sobie ceniła. Droga przez gęsto zalesiony kampus zapewniała potencjalnemu napastnikowi wiele dogodnych miejsc, w których mógł ją zaskoczyć bez robienia hałasu.

Ale policja przyjęła inny scenariusz. Wiedziano, że Donna Manson niemal na pewno została wywieziona z kampusu, prawdopodobnie samochodem. Jedynym logicznym miejscem, w którym porywacz mógł zaparkować pojazd, był parking za aulą, w której odbywał się koncert. Tamtego wieczoru w okolicy kręciło się wielu studentów i ktoś na pewno zauważyłby człowieka niosącego nieprzytomną kobietę, więc Donna musiała dobrowolnie wsiąść z porywaczem do auta. Nie było wiadomo, kiedy to nastąpiło – przed koncertem, w jego trakcie czy po nim. Większość szczegółów losu Donny pozostaje zagadką.

Sprawy Healy i Manson łączyło tylko to, że obie były studentkami i że nie istniała ani jedna konkretna poszlaka co do ich losu. W oczy bardziej rzucały się różnice. Dziewczyny były do siebie zupełnie niepodobne – Lynda wysoka i otwarta, Donna mierzyła nieco ponad 150 centymetrów wzrostu, nie ważyła nawet 50 kilogramów i była wycofana. Incydenty wydarzyły się w miejscach odległych o prawie 100 kilometrów, w dwóch różnych okręgach policyjnych i dzieliło je czterdzieści dni. Jedna kobieta zniknęła z własnej sypialni, drugą po raz ostatni widziano w stanie pełnej świadomości i w ruchu.

Prasa poświęciła zniknięciu Donny Manson jeszcze mniej uwagi niż Lyndzie Healy. Jak na razie mieszkańcy zachodniego Waszyngtonu nie mieli cienia podejrzeń, że dzieje się coś złego. Do następnego ataku doszło w College’u Stanowym Środkowego Waszyngtonu (CWSC) w wiejskim Ellensburgu, około 190 kilometrów na wschód od Seattle. Ellensburg jest położony u podnóża wschodnich zboczy Gór Kaskadowych, w pobliżu kurortów narciarskich, daleko od większych ośrodków miejskich zachodniej części stanu. Przez większość roku z zachodu można tam dotrzeć jedynie drogą krajową nr 90, która biegnie przez budzącą respekt przełęcz Snoqualmie, położoną na wysokości ponad 900 metrów.

W niedzielę 14 kwietnia 1974 roku dwudziestojednoletnia Jane Curtis tuż przed 21.00 skończyła pracę w bibliotece CWSC i opuściła budynek głównym wyjściem. Napotkała tam jakąś obdartą postać borykającą się z kilkoma książkami. Mężczyzna miał na sobie długi płaszcz i nasuniętą nisko na czoło wełnianą czapkę. Lewą rękę miał w bandażu (bez temblaka). Curtis zauważyła, że jego palce znajdowały się w usztywniaczu. Odniosła wrażenie, że cały opatrunek został wykonany niechlujnie, jakby założony jedną ręką lub po prostu przyklejony plastrem.

Mimo to młoda kobieta zaproponowała, że pomoże mężczyźnie z książkami. Ten z wdzięcznością przyjął ofertę i ruszyli razem przez kampus w stronę jego samochodu. Curtis była później przekonana, że nieznajomy nie mógł być wyższy niż 172 centymetry, ponieważ ona na koturnach mierzyła 175 centymetrów, a bez wątpienia go przewyższała. „Zerkał na mnie jakby podejrzliwie, obracał głowę i dziwnie patrzył. Jego oczy też wydawały się dziwne”, opowiadała później policji.

Gdy zbliżyli się do auta, zaparkowanego w wysokiej trawie, w ciemnym zakątku kampusu, mężczyzna poskarżył się na ból ręki, którą jak powiedział, złamał na nartach. Wyjaśnił, że uderzył w drzewo. Stanął przy drzwiach pasażera, wyciągnął kluczyki i poprosił Curtis, aby otworzyła. Lecz ona poczuła nagły niepokój i odmówiła, toteż nieznajomy otworzył auto samodzielnie. Wiele miesięcy później Jane Curtis w trakcie przesłuchania przypomni sobie, że był to żółty volkswagen garbus, z czarnym przednim siedzeniem z wysokim oparciem. Gdy mężczyzna otworzył drzwi, nie zapaliła się wewnętrzna lampka, ale widziała na tyle dobrze, że zauważyła, że w pojeździe brakuje przedniego fotela po stronie pasażera. Jane Curtis bała się coraz bardziej.

Nagle on ostro kazał jej wsiadać do środka.

– Co takiego? – zapytała.

– Och – odparł zupełnie innym tonem – czy mogłabyś wsiąść do środka i odpalić silnik?

Na te słowa młoda kobieta odwróciła się i uciekła. „Jakby uciekłam. Dość szybko”, powiedziała policji.

Trzy dni później przez te same drzwi biblioteki wyszła Kathleen D’Olivo. Gdy szła chodnikiem, usłyszała za plecami jakiś hałas. „Odwróciłam się i zobaczyłam mężczyznę upuszczającego książki – opowie później śledczym. – Kucał, próbował podnieść je i jeszcze jakieś pakunki. Zauważyłam, że jedną rękę miał na temblaku, a drugą w usztywniaczu dłoni. Podeszłam i zapytałam: »Potrzebujesz pomocy?«, na co odpowiedział: »Tak, mogłabyś?«”. Kathleen nie dostrzegła dokładnie rysów jego twarzy. Był ubrany niedbale, mierzył około 180 centymetrów i „wyglądał jakby mizernie”. Miał „trochę potargane”, jasnobrązowe włosy. Nie była pewna, czy miał wąsy lub okulary. Ale coś podpowiadało jej, że to i to.

Panna D’Olivo uznała, że mężczyzna zmierza do biblioteki, lecz gdy z nim ruszyła, niosąc większość jego książek, skręcił w ciemne miejsce, gdzie jak powiedział, zaparkował samochód. Nabrała podejrzeń, ale uznała, że jeśli nieznajomy czegoś spróbuje, to zdzieli go jedną z jego książek. Dotarli do auta, wyciągnął kluczyki. Gdy otworzył drzwi po stronie pasażera, nagle je upuścił. Przez chwilę szukał ich na kolanach, po czym wstał i zapytał Kathleen, czy mogłaby mu pomóc. Wyjaśnił, że przez temblak i usztywniacz ma problem z wyczuwaniem drobnych przedmiotów leżących na ziemi.

W drodze do samochodu Kathleen D’Olivo pilnowała, aby nie tracić mężczyzny z oczu i żeby stale iść za nim. Teraz, stojąc z nim samotnie przy pojeździe (który opisała policji jako lśniącego, brązowego volkswagena garbusa), nie zamierzała tracić czujności. „Nie chciałam się przed nim pochylać – relacjonowała – więc powiedziałam: »Cofnijmy się i zobaczmy, czy uda się nam dostrzec odbicia światła«. Kucnęłam i na szczęście zauważyłam odbicie. Podniosłam kluczyki, wsadziłam mu je w dłoń i powiedziałam »Dobrej nocy«”.

Kilka chwil później Susan Elaine Rancourt nie będzie miała tyle szczęścia. Studiowała na pierwszym roku biologii, miała niebieskie oczy, blond włosy, była dawną cheerleaderką i licealną królową balu znaną ze zdrowego trybu życia i rozsądku (w rodzinie nazywano ją „Panną Roztropną-Czyste Serce”). Ojciec wydał masę pieniędzy na jej zęby, a Susan chroniła inwestycję, nabożnie je szczotkując i nitkując.

Była krzepką dziewczyną, przy 150 centymetrach ważyła prawie 55 kilogramów. Susan podchodziła do życia poważniej niż większość studentek CWSC. Chciała zostać lekarką albo naukowcem, wybrać zawód wymagający ciężkiej pracy, dyscypliny i wielu lat edukacji. Dzięki inteligencji i zapałowi do nauki Rancourt miała świetne oceny, a oprócz tego ujmującą, ciepłą osobowość i wrodzoną troskę o dobro innych. Wydawało się, że przeszkadza jej wyłącznie dotkliwa nieśmiałość – ale i nad tym pracowała.

Wieczorem 17 kwietnia 1974 roku uczestniczyła w spotkaniu potencjalnych opiekunów akademika. Tuż po 22.00 – mniej więcej wtedy, gdy Kathleen D’Olivo znalazła na ziemi kluczyki i wręczyła je mężczyźnie z ręką na temblaku – Susan opuściła spotkanie i ruszyła przez kampus do akademika. Bała się ciemności i zapewne szła ostrożnie, ponieważ zostawiła w pokoju soczewki kontaktowe. Każdy nagły ruch lub podejrzany dźwięk na pewno by ją wystraszył. Ale bezradnie zmagający się z książkami kaleka w potrzebie już niekoniecznie. Susan Rancourt myślała o właśnie zakończonym spotkaniu, niemieckojęzycznym filmie, który chciała obejrzeć w nocy, oraz stercie prania, którą zostawiła przy pralce w akademiku, więc najpewniej była mniej czujna niż zwykle. Co więcej, determinacja, z jaką zwalczała własną nieśmiałość, mogła skłonić ją do większej niż zazwyczaj odwagi.

Tamtej nocy nie obejrzała filmu. Nie zajęła się praniem. I nie wróciła do pokoju w akademiku. Następnego popołudnia jej współlokatorka zgłosiła zaginięcie funkcjonariuszowi ochrony kampusu Billowi Claytonowi, który z kolei powiadomił swojego szefa Alfreda Picklesa.

Pickles zarządził przeszukanie kampusu, rozesłał ulotkę (która jednak nie wspominała o dacie zniknięcia dziewczyny) i zadzwonił do Anchorage na Alasce do rodziców Susan. Wydaje się, że przeszukanie i późniejsze śledztwo przeprowadzono pobieżnie, ponieważ nie pojawiły się w nim Jane Curtis i Kathleen D’Olivo, które wiele miesięcy później detektyw z Seattle przesłuchał już na samym początku swojego dochodzenia. Ogólną odpowiedzialność za całą sprawę z niewytłumaczalnych powodów powierzono sekretarce Alfreda Picklesa.

Rancourtowie przylecieli z Alaski bez chwili zwłoki. „Gdyby chodziło o któreś z moich pozostałych dzieci, powiedziałbym: »Zaczekajmy, wróci za dwa, trzy dni«. Ale nie Susan. Zawsze była bardzo ostrożna” – stwierdził Dale Rancourt w rozmowie z „Seattle Times”. Pan Rancourt wyjaśnił dziennikarzowi, że jego osiemnastoletnia córka spakowałaby całą walizkę, gdyby wybierała się gdzieś na choćby jedną noc, i że na pewno poinformowałaby kogoś, gdzie będzie. „Po prostu taką jest dziewczyną”.

Wszelkie ewentualne wątpliwości bliskich Susan zniknęły, gdy pan Rancourt zajrzał do szafki z lekami w pokoju córki i znalazł jej nici dentystyczne. Taka rozsądna dziewczyna po bardzo kosztownym leczeniu zębów nigdy, w żadnych okolicznościach, nie wyjechałaby bez nici. Po prostu taka była.

Rancourtowie, podobnie jak wcześniej państwo Healy i Mansonowie, a później wiele innych rodzin, okrutnie cierpieli, wiedząc, że ich dzieciom coś się stało, ale nie wiedzieli co. „Straciłam rozum. Cały czas powtarzałam w myślach: »O Boże! Ona pewnie nie żyje!«. Ale nie mogliśmy dać za wygraną. Nie mogliśmy się poddać. Musieliśmy próbować”, wspominała Joyce Healy.

Wszystkie trzy rodziny wyznaczyły nagrody, wynajęły prywatnych detektywów, modliły się i znosiły wywiady prasowe w nadziei, że dzięki nim zdjęcia córek nie znikną z gazet. Była to epoka sprzed America’s Most Wanted1, więc Rancourtom nie udało się pokazać fotografii Susan w ogólnokrajowej telewizji, mimo że próbowali. Ostatecznie wszystkie wysiłki rodziców i trzymanie się nadziei, że ich dzieci żyją, zaowocowały tylko typowymi w takich sytuacjach informacjami od wariatów, którzy rzekomo widzieli zaginione dziewczyny, nocnymi głuchymi telefonami orz ofertami od mistrzów kantu i oszustwa, którzy zapewniali, że oddadzą córki po uiszczeniu okupu.

Jak na razie nikt nie wpadł na pomysł, że może te trzy rodziny mają wspólny problem. Choć we wszystkich trzech przypadkach zaczęto uznawać, że mogło dojść do przestępstwa i we wszystkich trzech brakowało podejrzanych, były to czynniki negatywne, a nie związki pozytywne, do których wykrywania szkoli się policjantów.

Później, gdy elementy wspólne stały się w końcu widoczne, policja odkryła, że dziewczyny mordowano w tempie przynajmniej jednej miesięcznie.

Tak więc Lynda Healy została zamordowana w lutym, Donna Manson w marcu, Susan Rancourt w kwietniu. Brakowało odpowiedniej kandydatki na maj. Policja, sięgając po cyniczne poczucie humoru typowe dla ludzi, którzy widzieli w życiu zbyt wiele, nazwie brakującą ofiarę „Miss Maja”. Naprawdę nazywała się jednak Roberta Kathleen Parks.

Wieczorem 6 maja 1974 roku Kathy Parks wyszła z pokoju w akademiku Uniwersytetu Stanowego Oregonu w Corvallis, położonym 420 kilometrów na południe od Seattle. Po raz ostatni widziano ją w drodze do budynku związku studenckiego. Była oszałamiającą, dwudziestojednoletnią blondynką, robiła magisterkę z religioznawstwa. Kathy była wrażliwa i długo się podnosiła po wstrząsach emocjonalnych. W tamtym tygodniu pokłóciła się przez telefon z ojcem, a potem dowiedziała się od siostry ze Spokane, że ojciec doznał zawału. Jej przyjaciele opowiadali, że w dniu zaginięcia była głęboko przybita.

Z powodu zmienności jej nastrojów policja, podobnie jak w sprawie Donny Manson, uznała, że mogła popełnić samobójstwo. Przez tydzień po zgłoszeniu zaginięcia funkcjonariusze przeczesywali okolicę w poszukiwaniu zwłok, sprawdzili nawet dno pobliskiej rzeki. Nic nie znaleźli, więc wydrukowali ulotkę i rozesłali ją do regionalnych agencji policyjnych; podobne zestawy danych na temat zaginionych oraz ich fotografie rutynowo rozsyłano w przypadku trzech poprzednich ofiar.

I naprawdę była to rutyna. W połowie lat 70. agencje pokroju policji Seattle otrzymywały mniej więcej jedno powiadomienie o zaginięciu młodej kobiety tygodniowo. Ponieważ zazwyczaj dochodziło do nich poza jurysdykcją policji Seattle, nie było przesłanek, aby zwracać na nie baczniejszą uwagę. Gdy przychodziła nowa ulotka, po prostu przywieszano ją na poprzednich na tablicy ogłoszeń. Szansa, że sprawa z innego stanu, z miasta odległego o ponad 400 kilometrów, wzbudzi czyjeś zainteresowanie, była znikoma.

Następna ofiara, pierwsza z dwóch „Miss Czerwca”, mogłaby przeżyć, gdyby była trzeźwa. W przeciwieństwie do wszystkich poprzednich przypadków Brenda Ball nie studiowała. Jako dwudziestodwulatka była też najstarszą z dotychczasowych ofiar. Większą część nocy 31 maja 1974 roku spędziła w barze „Flame” w Burien, robotniczym miasteczku wciśniętym pomiędzy Seattle a lotnisko Sea-Tac. „Flame” był szemraną, obskurną speluną postawioną na podporach z pustaków. Słynął z tego, że przesiaduje tam nieprzyjemne towarzystwo. Na parkingu przed barem często wybuchały bójki. Skargi na hałas zgłaszano niemal codziennie. Co miesiąc lub dwa policja otrzymywała zgłoszenie o zaginięciu, podające „Flame” jako ostatnie miejsce, w którym widziano poszukiwaną osobę.

1 czerwca o 2.00, gdy zamykano bar, Brenda Ball pożegnała się piwnym toastem z towarzyszami i wyszła z „Flame” w poszukiwaniu podwózki. Wcześniej opowiadała, że pojedzie stopem do jakiegoś parku stanowego, żeby znaleźć sobie jakichś przyjaciół na weekend. Brenda potrafiła o siebie zadbać. Wiodła chaotyczne życie, była otwarta na przygody i zasadniczo wolna od zahamowań. Jej przyjaciele dopiero 17 czerwca powiadomili policję hrabstwa King, że zniknęła i że po raz ostatni widziano ją we „Flame”.

Tymczasem zaginęła druga „Miss Czerwca”. Na pierwszej stronie „Seattle Times” z 12 czerwca, pod zdjęciem Richarda Nixona i Anwara Sadata pozdrawiających wiwatujący tłum pokrytych pyłem mieszkańców Kairu, pojawiła się garstka informacji na temat Georgann Hawkins.

STUDENTKA UW, LAT 18, ZNIKNĘŁA W DRODZE DO SIEDZIBY KORPORACJI STUDENCKIEJ

Policja poszukuje informacji na temat 18-letniej studentki, która wczoraj nad ranem zniknęła w dzielnicy uniwersyteckiej. Georgann Hawkins z Lakewood niedaleko Tacomy była widziana po raz ostatni, gdy wczoraj niedługo po 1.00 opuszczała mieszkanie przyjaciela i wracała do siedziby korporacji Kappa Alpha Theta. Przyjaciel twierdzi, że udała się boczną uliczką. Powiedziała mu, że wraca do korporacji uczyć się na ostatni egzamin. Kilku znajomych zgłosiło, że widziało ją i rozmawiało z nią, gdy szła w stronę siedziby korporacji. Ale nie dotarła na miejsce i około 3.00 jej przyjaciele się zaniepokoili. Według opiekunki korporacji, gdy nie stawiła się na ostatnim egzaminie, jej przyjaciele zaczęli dzwonić do innych znajomych oraz krewnych. „Georgann to absolutnie opanowana i godna zaufania dziewczyna. Wyjazd bez poinformowania współlokatorki i przyjaciółek byłby do niej niepodobny”, podkreśliła opiekunka.

Pod sam koniec artykułu pojawiła się pierwsza, nieśmiała wzmianka, że na wolności może grasować seryjny morderca. „Policja twierdzi, że sprawdza wszelkie możliwe związki pomiędzy zniknięciem panny Hawkins a zniknięciem Lyndy Ann Healy, również studentki UW, 31 stycznia”, napisał dziennikarz.

Georgann Hawkins była typową pięknością o delikatnych, brązowych włosach i zaraźliwym, promiennym uśmiechu. Była niemal dokładnie takiego samego wzrostu i takiej samej wagi co Susan Rancourt. Również miała kiepski wzrok. Także była cheerleaderką, w podmiejskim Lakes High School na południe od Tacomy. W ostatniej klasie zwyciężyła w konkursie piękności: została wybrana „Żonkilową Księżniczką” swojej szkoły. Co roku ten zaszczyt spotykał jedną uczennicę z kilku liceach w rejonie Tacomy, które później przewodniczyły lokalnemu Świętu Żonkili. Dzięki zwycięstwu Georgann otrzymała też szansę przejazdu, wraz z siostrami-księżniczkami, na ruchomym podeście podczas wiosennej Żonkilowej Parady w centrum Tacomy. Była urzeczywistnieniem męskich wyobrażeń na temat słodkiej, amerykańskiej dziewczyny.

Na uczelni zdobywała czwórki plus i jakimś sposobem znajdowała czas (i okazje), aby przed egzaminami kończącymi rok szkolny zdobyć ładną opaleniznę.

11 czerwca wieczorem wyszła na kończącą semestr imprezę, według świadków wypiła na niej maksymalnie trzy piwa. Tamtego dnia nie założyła soczewek i nie zabrała ze sobą kluczy. Wcześniej uzgodniła ze współlokatorką, że obudzi ją, rzucając kamykami w szybę pokoju.

Po północy wraz z przyjaciółką, z którą wyszła z imprezy, Hawkins pokonała część drogi powrotnej, po czym na około pół godziny zatrzymała się, aby w domu bractwa Beta Theta Pi porozmawiać ze swoim chłopakiem. Siedzibę bractwa opuściła wyjściem prowadzącym na boczną uliczkę. Na niej znowu przystanęła na jakieś pięć minut, by zamienić kilka słów z innym członkiem bractwa, którego okno na piętrze budynku było otwarte tej ciepłej czerwcowej nocy. Do przejścia pozostało jej niecałe 100 metrów jasno oświetloną uliczką.

Świadkowie wspominali później, że mniej więcej o tej samej porze widziano w okolicy wysokiego, ledwo idącego o kulach mężczyznę w czymś w rodzaju gipsu na nodze. Miał ze sobą aktówkę, która ciągle mu upadała. Zgłoszone policji opisy tego mężczyzny były bardzo podobne do informacji (które napłyną później) o nieznajomym z rękami pełnymi książek, który tuż przed zaginięciem Susan Rancourt w Ellesnburgu zwracał się o pomoc do Jane Curtis i Kathleen D’Olivo. Najwidoczniej wykonał pełne koło i wrócił na własny teren – do dzielnicy uniwersyteckiej Seattle.

Georgann Hawkins po drodze mocno wytężała wzrok, bo bez soczewek kontaktowych widziała równie słabo jak Susan Rancourt w kwietniową noc. Wiele studenckich okien było otwartych na tamtą uliczkę i przynajmniej dwie grupy osób widziały studentkę idącą środkiem drogi, gdzie latarnie dawały najjaśniejsze światło. Opiekunka siedziby jednej z żeńskich korporacji zgłosiła, że tamtej nocy słyszała wysoki, przeraźliwy krzyk, lecz nikt inny nie wspominał o niczym podobnym.

Śpiąca współlokatorka nie usłyszała żadnego dźwięku z zacienionego miejsca pod oknem, z którego Georgann miała rzucać kamyki. Georgann zniknęła na ostatnich 30-40 metrach drogi powrotnej – na odcinku, gdzie światło latarni było najsłabsze. W jednej chwili szła tamtędy, żywa, by zaraz potem rozpłynąć się w powietrzu.

Następnego ranka przypadał pierwszy dzień kapitana Herba Swindlera na stanowisku szefa wydziału zabójstw policji Seattle. Swindler był łysiejącym, stereotypowym, burkliwym gliniarzem z trzydziestoletnim doświadczeniem obejmującym niemal wszystko, od patrolowania ulic po przyskrzynianie handlarzy narkotyków. Wielokrotne morderstwa także nie były mu obce; kiedyś pracował nad osiemnastoma sprawami o zabójstwo jednocześnie. Twierdził, że w ciągu lat służby badał setki morderstw i tylko raz nie wskazał sprawcy.

Ten miał być drugi.

Swindler spojrzał na wstępny raport w sprawie Georgann Hawkins i pokręcił głową z niedowierzaniem. Z niedowierzaniem, ale i z uznaniem. Choć w poprzednich miesiącach był przydzielony do innego wydziału, Herb z pobudek zawodowych interesował się doniesieniami o zaginionych dziewczynach w jego regionie. Nie dostrzegł w tych sprawach żadnego wyraźnego wzorca. Zauważył natomiast związek negatywny, czynnik spajający wszystkie te sprawy: nie istniały żadne dowody. Teraz, mierząc się z zniknięciem Hawkins, Swindler zadumał się na moment, po czym poprosił sierżanta o akta jednostki ds. zabójstw na temat innych zaginionych kobiet, w tym Lyndy Ann Healy, której przypadkiem zajmowała się już policja Seattle.

Ku jego zaskoczeniu nie było innych akt. Najwyraźniej w całej policji Seattle tylko Swindler zachodził w głowę, czy istnieje jakiś związek pomiędzy Lyndą Healy, Donną Manson, Susan Rancourt, Kathy Parks, Brendą Ball i teraz Georgann Hawkins.

Pod koniec czerwca 1974 roku Swindler oraz śledczy z trzydziestu innych okręgów policyjnych zebrali się w Olympii, aby wspólnie omówić te sprawy. Nie udało im się dojść do konsensusu, czy w północno-zachodniej części kraju widać wyraźny wzorzec morderstw, a dyskusja nie ograniczyła się do Healy, Manson, Rancourt, Parks, Ball i Hawkins. Detektywi przywieźli ze sobą dziesiątki nierozwiązanych, „otwartych” zaginięć i morderstw. W samym rejonie Seattle było ich dwadzieścia dziewięć. Przebijając się przez nie, każdy detektyw mógł odnaleźć to, czego akurat szukał – wspólny wątek albo brak jakichkolwiek związków.

A jednak samo zwołanie takiego spotkania wystarczyło, aby „Seattle Times” i inne gazety zaczęły spekulować na temat jego znaczenia. Pojawiły się artykuły łączące ze sobą niektóre z tych spraw; wszystkie zawierały nieodzowne, sceptyczne cytaty z oficjalnych źródeł. Nikt nie był jeszcze gotowy, aby w ogóle wyobrazić sobie najgorsze – nawet dziennikarze. Gliniarze pokroju Herba Swindlera prywatnie mogli żywić pewne obawy, ale nie zamierzali mówić o nich publicznie. Dopiero kolejny atak, zuchwałe podwójne porwanie w biały dzień, zasiało prawdziwy terror.

Gdy mieszkańcy Seattle obudzili się w niedzielny poranek 14 lipca 1974 roku, powitało ich rzadkie w tamtych stronach idealnie błękitne niebo. Słońce, nieczęsty gość nad ich głowami, emanowało przyjemnym ciepłem, które podkręcało w ludziach libido i skąpało region w blasku. Około południa temperatura przekroczyła 25 stopni – jak na standardy północnego zachodu była to aura wręcz tropikalna. Ludzie przeciągali się w łóżkach, nieśpiesznie zajadali śniadanie, zapominali o mszy i konieczności umycia samochodu. Dzień idealnie nadawał się na wypad na plażę.

Do parku stanowego nad jeziorem Sammamish, popularnego ośrodka rekreacyjnego położonego niecałe 20 kilometrów na wschód od Seattle, przy drodze krajowej nr 90 (prowadzącej do Ellensburga), zjechały się na piknik rzesze plażowiczów i pływaków, łącznie jakieś 40 tysięcy ludzi. Tamtej niedzieli jezioro Sam, jak je nazywano, rozgrzewało zmysły. Na jednym krańcu akwenu odbywał się piknik policji Seattle. Lokalny browar sponsorował doroczną imprezę piwną z muzyką oraz zawodami sportowymi, między innymi konkursem w rzucie beczką. Wzdłuż brzegów przemykali amatorzy nart wodnych, dzieci bawiły się na przybrzeżnych płyciznach. W powietrzu fruwały frisbee. Unosił się silny zapach olejków do opalania, węgla drzewnego i przypalonych hamburgerów.

Dwudziestotrzyletnia Janice Ott rozpoczęła ten dzień od wyjścia do pralni samoobsługowej naprzeciwko jej domu w oddalonym o jakieś 8 kilometrów na wschód od jeziora miasteczku Issaquah. Jan była uderzająco piękną, zielonooką dziewczyną o rudawoblond włosach, które opadały jej do samej talii. W grudniu 1972 roku wyszła za Jima Otta, który latem 1974 roku mieszkał w południowej Kalifornii. Dzieliła mieszkanie ze współlokatorką. Najwyraźniej małżonkowie potrzebowali sporo wolnej przestrzeni. Czekając na wysuszenie się prania, nawiązała rozmowę z właścicielem pralni Davidem McKibbenem. Opowiedziała mu, że pracuje jako kuratorka sądowa i że wyprowadziła się z Seattle, bo obrabowano jej mieszkanie. Właśnie dlatego, jak wyjaśniła, przeniosła się do Issaquah – mniejszej społeczności, którą uważała za bezpieczniejszą. McKibben przypomni sobie również, że Jan tamtego ranka nie ubrała biustonosza. Postanowili wybrać się na kawę do pobliskiej kafejki.

Po kawie McKibben poszedł do domu, a Jan wróciła do siebie, żeby przebrać się w czarne bikini. Na strój kąpielowy włożyła przycięte levisy i białą bluzkę, którą związała w supeł nad pępkiem. Na stopach miała białoniebieskie espadryle. Jej mąż Jim opowie później policji, że była punktualną, obsesyjnie zorganizowaną osobą. Zgodnie ze swoim charakterem tamtego dnia zostawiła na frontowych drzwiach notkę: „Jestem nad jeziorem Sammamish, opalam się na słoneczku. Jane Ott”. Następnie wsiadła na swoją zieloną kolarzówkę i pojechała.

W południe, mniej więcej wtedy, gdy Jan Ott dotarła nad jezioro, Janice Graham – dwudziestodwuletnia mężatka, maszynistka w Boeing Company – stała w parku w pobliżu podestu dla orkiestry, czekając na męża i rodziców. Podszedł do niej młody mężczyzna. Pani Graham zakładała, że miał jakieś 24-25 lat. Był ubrany w biały t-shirt z czerwonym wykończeniem pod szyją i, jeżeli dobrze zapamiętała, niebieskie dżinsy. Lewą rękę trzymał na temblaku i mocno przyciskał ją do ciała.

Nie przedstawił się. Powiedział, że czeka na przyjaciół, którzy mieli mu pomóc w załadowaniu łódki na samochód. Pokazując na niesprawną rękę, wyjaśnił mimochodem, że nabawił się kontuzji przy grze w racquetballa. Wykorzystując ten wstęp do rozmowy, zapytał Janice, czy kiedyś grała w tę grę. Nie? W takim razie powinna spróbować. Świetna zabawa.

Ponieważ miał unieruchomioną rękę, a po jego przyjaciołach nie było śladu, przyszło mu do głowy, że może Janice mogłaby pomóc mu przy łódce. Okazała się chętna do pomocy – nieznajomy wyglądał raczej niegroźnie – więc ruszyli w kierunku parkingu.

Niebywałe! – zawołał w pewnym momencie. – Tylu tu ludzi!

Według pani Graham jej nowy znajomy miał kędzierzawe, „piaskowo-blond” włosy, ścięte krótko z boków, nieco dłuższe z tyłu. Jego wzrost oceniła na 175-178 centymetrów, a wagę na 70-75 kilogramów.

Gdy dotarli do samochodu, „wyglądającego na nowego volkswagena garbusa, w kolorze metalicznego brązu”, nie dostrzegła żadnej łódki ani przyczepy.

– Gdzie jest łódka? – zapytała Janice Graham.

– U krewnych, kawałek w górę wzgórza – wyjaśnił.

– Och, naprawdę nie mogę z tobą jechać. Czekam na męża i rodzinę. Która godzina?

Spojrzał na zegarek i powiedział, że dwadzieścia po dwunastej. Janice miała już pięć minut spóźnienia. Naprawdę musiała iść.

– W porządku – rzucił wesoło. – Powinienem cię uprzedzić, że łódki nie ma na parkingu. Dzięki, że chciałaś pomóc.

Poszli z powrotem w stronę parku, mężczyzna ponownie przeprosił i podziękował. „Cały czas był bardzo uprzejmy – zeznała później pani Graham. – Bardzo szczery. Dobrze się z nim rozmawiało. Był naprawdę przyjacielski i miał miły uśmiech”.

Janice rozstała się z uprzejmym nieznajomym mniej więcej w połowie drogi do podestu dla orkiestry. On poszedł dalej w kierunku plaży, ona skręciła do strefy ze straganami. Dziesięć minut później, gdy Janice jadła rożek z lodem w cieniu jednego ze stoisk, ponownie ujrzała tego miłego faceta. Szedł z powrotem na parking. Towarzyszyła mu kobieta, której Graham nie była w stanie dokładnie zobaczyć, ale zapamiętała, że prowadziła żółty rower. Wyglądał na kolarzówkę. Janice nawiedziły dwie myśli na raz. Po pierwsze: „Facet nie lubi marnować czasu”. Po drugie: „Ciekawe, gdzie ona włoży ten rower”.

Jan Ott znalazła dogodne miejsce do „opalania na słoneczku”, przy samej wodzie. Tuż obok niej wygrzewała się piętnastoletnia Sylvia Valint i jej dwie przyjaciółki z liceum. Sylvia obserwowała, jak nowo przybyła plażowiczka kładzie na ziemi plecak, rozkłada na piasku biały ręcznik, ściąga krótkie dżinsy, bluzkę i siada. Następnie wyjęła pomarańczowy słoik i skrupulatnie nasmarowała skórę masłem kakaowym. Kilka chwil później Valint zobaczyła, że do Ott podszedł mężczyzna. Z jej punktu obserwacyjnego na ziemi wyglądał na niecałe 170 centymetrów wzrostu, był średniej budowy i mocno opalony. Jego włosy opisała jako „blondawo-brązowe”. Opadały mu na kark, uczesał się z przedziałkiem na bok. Ubrany był na biało: białe tenisówki, białe skarpetki, białe szorty, biały t-shirt. Lewą rękę trzymał na temblaku. Według Sylvii miał też gips sięgający od nadgarstka za łokieć niesprawnej ręki.

– Przepraszam. – Usłyszała, jak zwrócił się do Janice Ott. – Czy mogłabyś mi pomóc wciągnąć łódkę do samochodu? Sam nie dam rady, bo złamałem rękę.

Sylvia Valint dosłyszała w jego głosie „lekki angielski akcent, trochę ciotowaty”. Zeznała, że Janice Ott podniosła głowę, otaksowała nieznajomego wzrokiem i uśmiechnęła się.

– No cóż, usiądź i pomówmy o tym. Gdzie ta łódź?

Wyjaśnił, że w domu jego rodziców w Issaquah.

– No proszę – odparła. – Mieszkam tam.

Jan Ott i jej nowy znajomy gawędzili jeszcze dziesięć minut. Sylvia Valint nie była w stanie dosłyszeć każdego słowa. Powiedziała policji, że blondynka na ręczniku przedstawiła się jako „Jan”, a nieznajomy jako „Ted”.

Gospodyni domowa Traci Sharpe, która wraz z piątką dzieci siedziała jakieś półtora metra od Jan Ott i „Teda”, stwierdziła później, że według niej Ott nie kupowała jego gadki. Ładna blondynka była nieco szorstka, a nawet opryskliwa. A jednak koniec końców wstała, włożyła krótkie dżinsy i bluzkę, i z nim poszła. Świadkowie zapamiętali, że „Ted” zapewniał Jan, że nauka żeglowania to nic trudnego. Ona kazała mu obiecać, że przedstawi ją rodzicom.

Świadkowie pozostawili nadzwyczaj spójny obraz szczupłego, wygadanego nieznajomego, który potrafiłby sprawić, że nawet niestworzone historie brzmiały wiarygodnie – a przynajmniej intrygująco. Różnili się w istotnych szczegółach dotyczących jego wzrostu, fryzury i rysów twarzy, jakby „Ted” był kameleonem, potrafiącym dowolnie zmieniać wygląd. Ale wszyscy byli zgodni co do dwóch najważniejszych faktów: przybliżonego czasu pojawienia się „Teda” na scenie wydarzeń oraz lewej ręki na temblaku.

Ludzka pamięć nie jest doskonała, ale tym razem miała zapewnić policji pierwsze solidne tropy w całej sprawie. Oczywiście dla Jan Ott było wtedy już za późno.

Jednak tamtego dnia „Ted” nie zamierzał na niej poprzestać.

Mniej więcej w tym samym czasie, gdy Jan Ott ruszyła na spotkanie ze śmiercią, dziewiętnastoletnia Denise Marie Naslund siedziała z chłopakiem i parą znajomych w barze w Seattle.

Była w marnym nastroju. W tamten weekend imprezowała ze swoim chłopakiem Kennym Little’em. W sobotę grali w karty do późnej nocy. Denise chciała zabawić nawet dłużej, ale Kenny nalegał, żeby już wracali. Wcześnie rano zadzwonili do nich przyjaciele, Nancy Battema i Bob Sargent, którzy zaprosili ich na wspólny wypad nad jezioro Sam. Denise nie chciała jechać. Była zmęczona i musiała się uczyć do poniedziałkowego egzaminu z programowania komputerowego. Nie zamierzała być całe życie sekretarką i podchodziła do testu bardzo poważnie.

Jednak Kenny miał ochotę jechać nad jezioro, a Denise z reguły starała się sprawiać mu przyjemność. Kilka dni wcześniej zapytała Little’a, jaki jest jego ulubiony kolor. Odparł, że niebieski i Denise natychmiast przemalowała paznokcie na błękit.

Była atrakcyjną ciemnooką dziewczyną o długich brązowych włosach. Przykładała dużą wagę do wyglądu i w nagrodę przyciągała uwagę mężczyzn, co bardzo lubiła. Gdy wybierały się z Nancy do baru, Denise często siadywała samotnie przy stoliku, aby mężczyźni mogli ją dostrzec i zaprosić do tańca. Lecz zazwyczaj nie pozwalała sobie na więcej. „Nie jest typem gaduły – oświadczyła policji Nancy Battema. – Facetom raczej trudno jej zaimponować. Nie stara się do nich zagadywać i nie stara się ich unikać”.

Denise regularnie zażywała narkotyki. Według przyjaciół prawie zawsze miała przy sobie zapas środków uspokajających. Jadąc nad jezioro swoim jasnobrązowym chevym – prezentem od matki, Eleanor Rose – połknęła cztery pięciomiligramowe tabletki Valium. Jej towarzysze również zażyli po kilka tabletek. W parku dobrze się bawiła. Czworo przyjaciół spotkało innych znajomych, pokręcili się w tłumie, przekąsili coś przy straganach, pili piwo z wielkiej przenośnej lodówki, którą ze sobą zabrali. Wypalili na spółkę jointa.

Tymczasem wrócił „Ted”. Oto fragment zeznania szesnastoletniej Sindi Seidenbaum:

Około 16.00 idący w moją stronę mężczyzna powiedział: »Przepraszam, młoda damo, czy mogłabyś pomóc mi spuścić łódkę na wodę?«. Ja spytałam na to, co mu się stało w rękę. Stwierdził, że ją zwichnął i że nie może znaleźć nikogo do pomocy. Powiedziałam mu, że przykro mi, ale mu nie pomogę, bo na kogoś czekam. Oczy miał chyba zielone albo niebieskie, wyglądał na wyłupiastookiego i wycofanego. Miał bardzo małe źrenice. Odniosłam wrażenie, że był nerwowy.

Mówił szybko i gestykulował ręką. Jego lewa ręka była na temblaku. Miał na sobie jakby wybielone bokserki pływackie na gumce. Jego ciało było w pełni opalone. Miał jakby szpiczasty nos i wąskie usta”.

Następnie mężczyzna zagadnął do dziewiętnastoletniej Pat Turner, która przyjechała do parku ze swoim chłopakiem Nickiem. Był mniej więcej kwadrans po 16.00. Gdy podszedł do Turner z historyjką o łódce, ta zmierzała właśnie do publicznych toalet. Dziewczyna źle się czuła – za dużo słońca – i mu odmówiła. Przyznała, że facet wydawał się miły. Był przystojny. Turner zachowywała się, jakby nie do końca rozumiała, o co mu chodzi, i poszła w swoją stronę, dzięki czemu najpewniej ocaliła życie.

Około 16.00 temperatura nad jeziorem sięgnęła 30 stopni i Denise Naslund zrobiła się senna. Powiedziała Nancy, że czuje się naćpana, po czym usnęła w swych wyblakłych obciętych dżinsach marki Lee i niebieskiej koszulce bez ramion. Niedługo po niej zasnął też Kenny. Nancy zapamiętała, że Denise obudziła się około 16.20 i przez kilka minut rozmawiały. Potem Naslund nagle wstała i poszła do toalety, gdzie o mniej więcej tej samej porze widział ją inny świadek.

Kenny obudził się pół godziny później i spostrzegł, że Denise zniknęła. Od razu wyczuł kłopoty. Jej torebka została w bagażniku samochodu, a dobrowolnie nigdzie się bez niej nie ruszała. Razem z Nancy i Bobem zaczęli przeszukiwać park. Nadchodził zmierzch, tłumy rzedły. Nie znaleźli Denise. Zapadła ciemność. Wołali ją, wypytywali ludzi. Na próżno. O 20.30 dali za wygraną. Kenny wezwał policję, od której usłyszał, że zanim w ogóle pojawi się możliwość uznania jej za zaginioną, muszą minąć 24 godziny. A poza tym zgłoszenie musi złożyć krewny, poinformowali go policjanci.

Gdy tamtego wieczoru Kenny Little podjechał samochodem Denise pod dom Eleanor Rose, kobieta wybiegła na zewnątrz w panice. Kenny ledwie zdążył opowiedzieć, co się stało, a ona już była z powrotem w środku i wykręcała numer. „Powiedziałam policji: »Denise za żadne skarby nie odjechałaby bez swojego auta« – wspominała później. – Była taka szczęśliwa, gdy jej go kupiłam. Torebki też by nie zostawiła. Przykładała zbyt dużą wagę do wyglądu. Wiedziałam, że coś się stało”.

Następnego popołudnia współlokatorka Janice Ott zgłosiła zaginięcie kuratorki sądowej i nagle rozkoszna niedziela nad jeziorem Sam nabrała niepokojącego wymiaru. Gdzie podziały się Jan i Denise? Władze wysłały nurków, aby przeczesali dno jeziora. Nad parkiem i okolicami krążyły policyjne śmigłowce, poszukujące ciał za pomocą skanerów na podczerwień. Na ziemi policjanci i ochotnicy, pełni obaw, na co mogą natrafić, zaglądali pod każdy kamień w parku w poszukiwaniu jakichś śladów – czegokolwiek. Wśród setek przedmiotów przekazanych do analizy laboratoryjnej znalazło się dwadzieścia sześć par damskich majtek zebranych w parku. Ale nie znaleziono niczego związanego z Jan lub Denise.

Główna odpowiedzialność za śledztwo w sprawie podwójnego zaginięcia spadła na policję hrabstwa King, która zajmowała się też niewyjaśnionym zniknięciem Brendy Ball sprzed miesiąca. Na czele jednostki śledczej hrabstwa stał kapitan J.N. (Nick) Mackie, ale niemal od samego początku – i przez następne długie piętnaście lat – sercem dochodzenia był detektyw Bob Keppel.

Trzydziestojednoletni szczupły, wrażliwy, noszący okulary Bob Keppel w ciągu czteroletniej kariery w policji hrabstwa nie zajmował się ani jednym morderstwem. Nagle wraz z kolegami z wydziału miał odnaleźć – i powstrzymać – najbardziej osławionego seryjnego mordercę w historii regionu, a później i najsłynniejszego mordercę w Ameryce. Z początku odrzucił możliwość, że region prześladuje jeden zabójca. Wiedział o licznych podobieństwach spraw Hawkins i Rancourt. „Ale w głowie się nie mieściło, żeby ktoś przekroczył przełęcz Snoqualmie, to poważna przeszkoda geograficzna”, powiedział. Sprawy Bell też w żaden konkretny sposób nie powiązał z pozostałymi.

Lecz modus operandi oparty o kłopoty zdrowotne sprawił, że Keppel zaczął zmieniać zdanie. Było jasne, że nad jeziorem Sammamish mężczyzna posłużył się temblakiem. W noc zniknięcia Georgann Hawkins w dzielnicy uniwersyteckiej świadkowie widzieli mężczyznę o kulach. Później detektyw zauważy, że do wzorca pasuje też sposób zaścielenia łóżka w sypialni Lyndy Healy oraz użycie wziernika przy ataku na Mary Adams.

To właśnie Keppel, przy pomocy sekretarki Alfreda Picklesa, wrócił do śledztwa w sprawie Rancourt oraz odnalazł Jane Curtis i Kathleen D’Olivo, studentki z Ellensburga, które miały do czynienia z nieznajomym z usztywniaczem na dłoni i temblakiem. Po przesłuchaniu obu kobiet Keppel musiał przyznać, że „Ted” nie tylko mógł porwać Susan Rancourt prawie 200 kilometrów na wschód od Seattle, ale też przynajmniej dwukrotnie pokonywał znaczne odległości przez góry, aby polować na CWSC.

Rozpoczął się proces dedukcji. Jeżeli „Ted” zabił Healy, Manson i Rancourt, to było logiczne, że znalazł ofiarę także w maju. Keppel i inni detektywi z policji hrabstwa przyjrzeli się wszystkim przypadkom zaginięć kobiet z maja, po czym eliminowali poszczególne sprawy, aż dotarli do Roberty Kathleen Parks. Związek jej zniknięcia z „Tedem” wydawał się jeszcze mniej prawdopodobny niż w przypadku Rancourt. Nastąpiło przecież 420 kilometrów od Seattle, w innym stanie. Lecz na tym etapie Bob Keppel nie zamierzał skreślać już żadnych możliwości. Poprosił o kopie dokumentów stomatologicznych i lekarskich Parks.

Zajmujący się Healy i Hawkins Herb Swindler publicznie odmówił powiązania tych spraw z porwaniami nad jeziorem Sammamish lub z innymi zaginięciami, choć był niemal pewien, że „Ted” to wielokrotny morderca. Gazety nie dały się jednak odstraszyć wysiłkami Herba i innych funkcjonariuszy, którym zależało na uniknięciu paniki wśród ludności. Cytowały znanego psychiatrę z Seattle, który powiedział, że jeśli „Ted” jest wielokrotnym mordercą, jest to na pewno „bardzo chory gość, który musi wzmacniać swoje ego, terroryzując ludność”.

Dziennikarze nie znaleźli na miejscu żadnego skłonnego do spekulacji gliniarza, pojechali więc rozmawiać z policjantami z bardziej oddalonych miast. „Macie problem moi drodzy”, stwierdził pewien detektyw z Denver, gdy reporter zreferował mu kilka spraw z okolic Seattle. „Nigdy się z czymś takim nie spotkałem – skomentował sierżant policji z Phoenix i dodał: – Wygląda mi na to, że macie do czynienia z prawdziwym wariatem”.

Zgodnie z oczekiwaniami tego rodzaju artykuły i ewidentny brak postępów w śledztwie zasiały wśród ludności niepokój. Nick Mackie co jakiś czas organizował konferencje prasowe i zapewniał, że policja sprawdzi każdy trop. Przyznał milcząco, że dochodzenie utknęło w martwym punkcie i zaapelował do wszystkich, którzy tamtego dnia nad jeziorem Sammamish mieli aparaty fotograficzne, aby stawili się z kliszami w komisariacie. Świadkom okazano wiele nagrań i setki zdjęć, ale nikt nie rozpoznał „Teda”.

Wobec braku pozytywnej identyfikacji opublikowano kilka portretów pamięciowych opartych o różne zeznania świadków (jeden z nich, stworzony, gdy obok rysownika siedział Bob Keppel, bardzo przypominał detektywa), a także informacje, że „Ted” może przemieszczać się volkswagenem i że mówi z lekkim brytyjskim akcentem.

Policja odbierała tysiące telefonów, wiele z nich od rozmaitych pomyleńców. Pewien mężczyzna zgłosił, że widział Denise Naslund jadącą przez centrum Seattle na rowerze Janice Ott. Inny zaoferował pomoc swojej „machiny do odnajdywania zwłok”. Setki wystraszonych kobiet donosiły, że widziały „Teda”. Mężczyźni podobni do podejrzanych z portretów pamięciowych, posiadający volkswageny lub też noszący imię Ted przekonali się, że lepiej nie wychodzić z domu. Do ponurego, ironicznego incydentu doszło, kiedy to pewien obcy mężczyzna zaczepił Laurę, młodszą siostrę Lyndy Healy, gdy ta była w pracy w punkcie fotograficznym Foto-Mat. Laura zadzwoniła do matki, a ta wysłała jej brata Roberta, aby przywiózł ją do domu. Policja, która dotarła na miejsce przed Robertem, zauważyła jego volkswagena i uznała, że Robert przypomina trochę mężczyznę z portretów pamięciowych. Zanim Laura zdążyła wyjaśnić, że to jej brat, Robert niemal został aresztowany.

Ponieważ brakowało jakichkolwiek konkretnych tropów wiodących do tożsamości „Teda”, wielu mieszkańców północno-zachodniej części kraju uznało, że odpowiedzi trzeba szukać w okultyzmie oraz kulcie szatana, który w rejonie Seattle miał nieliczną, ale żarliwą grupę wyznawców. Popularna plotka głosiła, że „Ted” to szalony wyznawca Jezusa, który po podróży do Ameryki Południowej zupełnie postradał rozum. Teoria mówiła, że „Ted” wierzy, że jest upadłą reinkarnacją skrzydlatego boga Inki.

Herb Swindler nie kupił żadnego z tych ekstrawaganckich wymysłów, ale sfrustrowany detektyw nie uważał, by sprawdzenie okultystycznego tropu uwłaczało jego godności. Pracując po cichu i głównie samotnie, założył tak zwaną Teczkę 1004, czyli dossier okultyzmu w rejonie Seattle. Ostatecznie trop nie zbliżył go do „Teda” ani o krok, lecz wobec braku jakichkolwiek konkretów wyszedł z założenia, że musi próbować.

Za sondowanie środowisk okultystycznych spadła na niego lawina krytyki ze strony policji hrabstwa oraz biura prokuratora, a jednak z perspektywy emerytury nadal bronił swojego zainteresowania tym śladem. „Najdziwniejszy w tych morderstwach był brak jakichkolwiek informacji – powiedział. – To było naprawdę dziwne. Nikt nic nie widział. Nikt nic nie słyszał. Nie mieliśmy żadnego ciała. Jakby ziemia się rozwarła i pochłonęła te dziewczyny”.

Równocześnie „wszędzie było słychać o tych całych okultyzmach. Uważaliśmy, że wszystko jest możliwe. Bo nic nie mieliśmy. Okultyzm brzmiał nie mniej wiarygodnie od innych domysłów. A w rzeczywistości brzmiał nawet lepiej, ponieważ w znanych zaginięciach pojawiał się ten wątek”. Swindler zaakcentował słowo „znanych”.

Konsultował się też z Reginą Hoffenbrauer, jasnowidzką z pobliskiego Kent. „Czasami potrafiła porządnie mnie nastraszyć – przyznał. – Była trochę dziwna”. Hoffenbrauer rozmawiała z rodzinami zaginionych i oglądała różne przedmioty należące do ofiar. Joyce Healy uważała pomysł zwrócenia się do jasnowidzki za oburzający, ale i tak z nią współpracowała, co pokazuje, jak była zdesperowana.

Jasnowidzka przepowiedziała, że „Ted” zabije jedenaście dziewcząt, po czym ruszy dalej. Jest to liczba bliska faktycznej liczbie ofiar. Większość policjantów z północnego zachodu uważa, że zabił w tym regionie od dwunastu do osiemnastu kobiet. Hoffenbrauer powiedziała Swindlerowi, że kilka ciał zostanie odnalezionych na wschód od Seattle, że zwłoki Georgann Hawkins zostały porzucone w korycie rzeki, a Janice Ott i Denise Naslund leżą razem na zboczu góry.

Na początku sierpnia 1974 roku pewien robotnik pracujący przy drodze krajowej nr 90, w pobliżu miejsca, w którym przebiega ona przez Issaquah i rozpoczyna krętą wspinaczkę na North Bend i przełęcz Snoqualmie, zrobił sobie przerwę i chciał zjeść drugie śniadanie. Usiadł na stoku i otworzył pudełko z jedzeniem. Jego nozdrza od razu wypełnił odór gnijącego mięsa. Szybko się stamtąd oddalił. Uznał, że ktoś musiał kłusować w okolicy na jelenie albo nawet niedźwiedzie i zapewne zostawił w lesie wnętrzności zabitego zwierzęcia. Pomylił się, a zanim opowiedział, co go spotkało, potencjalnie wartościowe dowody przepadły.

Lato zbliżało się ku końcowi bez jakichkolwiek postępów w sprawach zaginionych kobiet. W prasie nie pojawiły się doniesienia o kolejnych zniknięciach, ukazywało się coraz mniej artykułów na ten temat. W zasadzie nie było o czym informować, a pierwsze strony gazet zdominowała rezygnacja Richarda Nixona. Poszukiwania Ott i Naslund zostały zawieszone. Minęło Święto Pracy2.

Zaczął się sezon polowania na ptaki. Na północnym zachodzie o tej porze roku lokalni lekarze sądowi z zasady oczekują doniesień o makabrycznych odkryciach, które niemal zawsze dotyczą szczątków jeleni, niedźwiedzi, łosi, psów i masy innych zwierząt zdychających latem w lasach. W trakcie „sezonu na kości” czasami pojawiają się szczątki ludzkie, ale i te pochodzą zazwyczaj z pradawnych cmentarzysk Indian.

Jednak na początku września 1974 roku na zboczach Issaquah dokonano odkrycia, które na nowo wzbudziło terror w całym regionie. We wrześniu przypadał pierwszy dzień sezonu na głuszce. Trzydziestosześcioletni Elzie Hammons załadował swoją strzelbę i podjechał zabrać sąsiada, siedemdziesięciojednoletniego Elzę E. Rankina. Myśliwi ruszyli jeepem Hammonsa do Issaquah, na stok góry, gdzie w poprzednim roku Elzie zapisał na swoje konto dwa głuszce. Można było tam liczyć na owocne polowanie, jak z entuzjazmem opowiadał Rankinowi.

Około godziny 10 rano Hammons szedł przecinającą stok drogą, służącą dawniej do wywozu drewna z lasu. Zdążyła zarosnąć już chwastami, a po obu jej stronach ciągnęło się grube podszycie. Hammons poruszał się powoli i bezszelestnie. W pewnym momencie po prawej stronie dostrzegł obiekt, na którego widok zamarł. Jego żołądek zacisnął się w supeł. Na drodze leżał groteskowo rozciągnięty szkielet. Większość żółtawobrązowych kości nadal łączyły wysuszone ścięgna. Kilka metrów dalej zobaczył najprawdopodobniej ludzką czaszkę.

Hammons pobiegł na dół, żeby odnaleźć Elzę Rankina, rozmawiającego akurat z młodą parą, która przyjechała w góry poćwiczyć strzelanie do celu. Gdy Elzie opowiedział, co widział, zaśmiali się serdecznie i uspokoili go, że to na pewno szczątki jakiegoś zwierzęcia. Ale Hammons nie dał się przekonać.

– Jak nie wierzycie, to chodźcie, pokażę wam – powiedział.

Udali się we czwórkę na stary dukt do wywozu drewna. Po drodze jedno z nich zauważyło długi, ponad półmetrowy kłąb ciemnych włosów. Niedowiarkom wystarczył rzut oka na kości. Popędzili do miasteczka i powiadomili policję z Issaquah, która zadzwoniła po detektywów z hrabstwa King. W południe zespół kierowany przez Boba Keppela sformował na wzgórzu kordon i rozpoczął dokładne przeszukanie okolicy.

8 września wieści o odkryciu trafiły do gazet. Zawierały wstępne raporty policji wskazujące, że żadne ze znalezionych w Issaquah kości nie należały do zaginionych kobiet. Eleanor Rose, matka Denise Naslund, usłyszała o znalezisku z radia w samochodzie i natychmiast pojechała na miejsce odkrycia. Gdy stała u stóp wzgórza, pierwsze informacje rozwiały jej lęki. Policjanci nie sądzili, by znalezione w lesie szczątki należały do jej córki.

– Tak bardzo się cieszymy, to taka ulga – powiedziała dziennikarzom.

Poszukujący odnaleźli łącznie dwadzieścia sześć kości oraz osiem kłębów brązowych i ciemnorudych włosów, które były rozrzucone na przestrzeni o średnicy około 50 metrów. Dzięki położeniu kości udało się ustalić, że zostały porzucone w wyższych partiach wzgórza, a następnie, kawałek po kawałku, wywleczone w krzaki przez zwierzęta. Znajdowały się na nich ślady po zębach kojotów, gryzoni, może nawet niedźwiedzi. Wśród znalezisk były dwa kręgosłupy, czaszka i dwie żuchwy. Nie znaleziono natomiast żadnej biżuterii ani odzieży.

Policja ukoiła obawy Eleanor Rose, gdyż w górnej szczęce odnalezionej czaszki tkwiło niemal idealne uzębienie. Denise miała za sobą wiele wizyt u dentystów. Jednak pani Rose nie było dane cieszyć się ulgą zbyt długo. Doktor Daris Swindler, antropolog sądowy z Uniwersytetu Waszyngtońskiego (daleki krewny Herba Swindlera), poświęcił dwa dni na skrupulatną identyfikację szczątków. Dzięki zdjęciom rentgenowskim oraz kartom leczenia stomatologicznego ustalił ponad wszelką wątpliwość, że jedna z żuchw należała do Denise Naslund. W oparciu o dokumenty dentystyczne zidentyfikował też Janice Ott.

W sprawie Janice Ott zapadnie mu w pamięć coś innego – faustowski element jego analizy. Czaszka, którą otrzymał, była znacznie wydłużona w rezultacie przedwczesnego zamknięcia głównego czaszkowego szwu kostnego. „Sama nigdy by się o tym nie dowiedziała – ocenił. – To nie ma nic wspólnego z inteligencją. Czasami takie coś się po prostu zdarza”. Doktor Swindler porównał wyblakłą czaszkę z fotografią Janice Ott. Pasowały do siebie – obraz życia i materialny dowód śmierci. „Dziwnie się poczułem”, wspominał.

W lesie odnaleziono też extra femur, czyli kość udową. Bez wątpienia należała do kobiety, co oznaczało, że w tym samym miejscu porzucone zostało trzecie ciało. Wiele lat później sam Bundy będzie musiał ustalić jego tożsamość. Więcej policja na wzgórzu się nie dowiedziała. Roweru Ott nigdy nie odnaleziono. Wydawało się prawdopodobne, że dziewczyny zostały zamordowane gdzie indziej, lecz śledczym nie udało się określić bezpośredniej przyczyny ani czasu zgonów. „Ted” zostawił policji tylko kilka zniszczonych przez zwierzęta kości, włosy i ścięgna – milczące, szydercze świadectwo losu ofiar i bezradności stróżów prawa.

Zrozpaczona śmiercią córki Eleanor Rose zapytała policję hrabstwa King, czy może liczyć na odzyskanie szczątków Denise, by wyprawić jej pochówek. Wypracowano kompromis. W typową dla tego regionu ponurą sobotę Eleanor, jej syn Brock oraz ojciec Denise zebrali się w katolickim kościele Świętej Rodziny, by wysłuchać mszy pogrzebowej odprawianej przez ojca Seana Henighana. Na pogrzeb przyjechał też dziennikarz z „Seattle Times”. Odnotował, że na uroczystości pojawiło się kilku detektywów. Bob Keppel wraz z innymi śledczymi przywieźli szczątki Denise Naslund, trzymane w policyjnym magazynie z dowodami. Siedzieli w kościelnych ławach i obserwowali żałobników w nadziei, że na mszę może przyjdzie także „Ted”, kimkolwiek był.

Ojciec Henighan opowiadał o „bezcelowości, bezsensowności śmierci, jaka spotkała Denise”. Swoje kazanie zakończył odczytaniem listu, który w 1973 roku, po ukończeniu liceum, napisała do matki. „Kochana mamo, nie potrafię wyrazić słowami, jak wiele dla mnie zrobiłaś. Otrzymałam w życiu znacznie więcej, niż niektórzy kiedykolwiek dostaną. Mam ogromne szczęście”.

Ksiądz pobłogosławił trumnę, msza dobiegła końca. Następnie Keppel i inni funkcjonariusze zabrali kilka kości i kępek włosów z katafalku i odstawili je do magazynu na komisariacie. Do czasu oficjalnego rozwiązania śledztwa Denise należała do policji.

Nad zachodni Waszyngton wróciła zima, a myśliwi opuścili lasy. Przez kilka następnych miesięcy nie pojawią się nowe odkrycia ani doniesienia o kolejnych zaginięciach.

Miejscowe gazety nie dały się jednak uśpić pozornemu wstrzymaniu polowań „Teda”. Nadal traktowały go jako realne zagrożenie dla młodych mieszkanek regionu. Poziom strachu w Seattle i wokół miasta bynajmniej się nie obniżył. Policja zauważyła natomiast zmianę we wzorcu działania mordercy. Po jeziorze Sammamish nie było już Miss Sierpnia ani Miss Września. Nie było Miss Października. Nie było Miss Listopada ani Miss Grudnia. Bob Keppel nabrał podejrzeń, że „Ted” opuścił region, dokładnie tak jak przewidziała jasnowidzka Herba Swindlera.

Może „Ted” pracował na statkach handlowych, dumał Keppel. W takim razie Seattle i okolica są już bezpieczne. Ale „Ted” również. Być może nigdy nie uda się poznać jego tożsamości.

Skończył się rok 1974, potem zaczęła zbliżać się wiosna. Dni się wydłużały, spacerowicze i rybacy wracali w plener. Nadchodził kolejny „sezon na kości”.

W sobotę 1 marca 1975 roku w gabinecie Boba Keppela zadzwonił telefon. Usłyszał, że w dziczy, jakieś 15 kilometrów na wschód od Issaquah i 6,5 kilometra na południe od drogi nr 90, dwóch studentów leśnictwa natknęło się na czaszkę. Odkrycia dokonano na niższym zboczu góry Taylor, w pobliżu miasteczka North Bend.

Keppel zebrał swoje dokumenty, zdjęcia rentgenowskie i akta dentystyczne, które gromadził i analizował od zeszłego lata, po czym ruszył na miejsce – na wilgotne, śliskie zbocze, porośnięte ciernistymi zaroślami, butwiejącymi obalonymi pniami i młodymi drzewkami. Od samego początku był pewien, że kolejne miejsce ze szczątkami prędzej czy później zostanie odnalezione. Liczył, że może tym razem „Ted” zostawił po sobie jakieś ślady, namacalne wskazówki. Do tej pory Keppel mógł co najwyżej sprzątać po jego łowach.

Wcześniej w pobliżu góry Taylor dokonano jeszcze jednego odkrycia. Ludzie Herba Swindlera trafili na kilka zwierzęcych kości w starym domu. Swindler nadal pracował nad wątkiem okultystycznym. Zastanawiał się, czy to nie kości kóz, co wskazywałoby na czarne msze. Doktor Daris stwierdził jednak, że należały do młodego łosia.

Ludzka czaszka to znalezisko zupełnie innego kalibru. Keppel dopilnował, żeby odizolowano całe górskie zbocze wokół miejsca znaleziska, po czym wysłał szczątki do Seattle do analizy. Raport nadszedł następnego ranka: Brenda Carla Ball, lat dwadzieścia dwa, ostatni raz widziana w barze „Flame”. Została zamordowana, a jej zwłoki porzucono na górze Taylor. Jej czaszka była pęknięta.

Przez osiem następnych dni Keppel nadzorował 200 policjantów i ochotników, którzy metr po metrze przetrząsali całe zbocze. Była to monotonna, wstrętna, a ostatecznie i rozdzierająca serce praca.

Drugiego odkrycia dokonał sam Keppel. Detektyw wspinał się na stromą skarpę, gdy nagle poślizgnął się i stoczył w dół przez splątane zarośla. Zatrzymał się na kupce mokrej ziemi pokrytej zbutwiałymi liśćmi. Stęknął, wstał i ujrzał przed sobą oblicze Śmierci: dwa czarne, puste, zastygłe na wieczność oczodoły. Śmierć uśmiechała się do niego ładnymi, kosztownymi zębami. Od razu wiedział, że znalazł Susan Rancourt. Przyjrzał się dokładnie i zauważył, że jej czaszka też była pęknięta.

Następna pojawiła się czaszka Kathy Parks. Piękność z Uniwersytetu Stanowego Oregonu została wywieziona 420 km na północ i porzucona zwierzętom na pożarcie. Ostatnia zidentyfikowana ofiara zginęła jako pierwsza. Najstarsze dziecko Jima i Joyce Healy, niebieskooka spikerka wiadomości narciarskich, także spoczęła na górze Taylor. Według słów jej matki została zidentyfikowana na podstawie jednego zęba.

Eksperci sądowi badający kości nie potrafili dokładnie stwierdzić, jak zginęły młode kobiety. Jeśli jednak uszkodzenia ich czaszek były wynikiem uderzeń zadanych przez człowieka, to wydawało się, że musiały być zadane ciężkim, tępym narzędziem, czymś w rodzaju łyżki do opon, i to z wprost niewiarygodną wściekłością. Inne czynniki okazały się lepiej zrozumiałe. „Ted” porzucał zwłoki dziewcząt niedaleko pobocza, uprzednio pozbawiając je biżuterii i odzieży. Następnie do pracy zabierały się zwierzęta. Tkanki miękkie zostały zjedzone w pobliżu miejsca pozostawienia ciał. Później zwierzęta odrywały głowy z żuchwami i wlekły je dalej w zarośla. Włosy i żuchwy mogły odpaść po drodze. Najdalej od drogi odnajdywano czaszki, których rozgryzienie i objedzenie zajmowało padlinożercom najwięcej czasu.

Bob Keppel uważał, że jest w stanie wywnioskować sekwencję zdarzeń. Pierwsze ofiary były wywożone na górę Taylor osobno. Nie odnaleziono (lub nie zidentyfikowano) jedynie szczątków Donny Gail Manson. To kolejna tajemnica, którą Ted – częściowo – wyjaśni znacznie później.

W czerwcu najwyraźniej zrezygnował on z tamtego miejsca porzucania ciał i wybrał inne, położone bliżej Seattle – w Issaquah. To właśnie tam, obok Denise Naslund i Janice Ott, spoczęła niezidentyfikowana kość udowa.

Po górze Taylor nie odnaleziono już punktów, w których „Ted” pozbywał się zwłok, choć mogło być ich więcej. Stwierdzono z dużą dozą prawdopodobieństwa, że polował na północnym zachodzie długimi miesiącami, jakby dla rekreacji. Nie ustalono natomiast, kim był „Ted” ani gdzie teraz, po odnalezieniu ofiar, przebywał.

Bob Keppel założył, że opuścił region. I miał rację. We wrześniu poprzedniego roku Ted Bundy przeniósł się do Utah.

1 Magazyn telewizyjny, emitowany w latach 1988-2012, zajmujący się nagłaśnianiem spraw kryminalnych w celu uzyskania pomocy widzów w poszukiwaniach podejrzanych i przestępców – przyp. red.

2 W Stanach Zjednoczonych Święto Pracy obchodzi się w pierwszy poniedziałek września – przyp. red.

fragment książki „OSTATNI ŻYWY ŚWIADEK”, Michaud Stephen G. , Aynesworth Hugh, Wydawnictwo Bez Fikcji

Premiera: 16 pażdziernika 2019

Facebook