Najnowsze

Historia największego polskiego oszusta

fragm.okładki "Fałszerz. Historia największego polskiego oszusta" Magda Omilianowicz, Wydawnictwo Agora

Pewnych rzeczy nie da się nauczyć. To nie jest takie proste, żeby nauczyć kogoś tego, czemu poświęciło się właściwie całe życie. To naprawdę była żmudna, mozolna praca, lata nauki. Przykładowo, polskie banknoty, za które zabrałem się później, są znacznie trudniejsze od dolarów. Patrzyłem, jak kasjerki przeciągają palcem po banknocie, sprawdzając, czy jest prawdziwy. Co to jest? Po co to jest? O co tu chodzi? A chodziło o tak zwany przetłok, czyli to, co tłoczy matryca. Połowa tego napisu, Narodowy Bank Polski, ma przetłok i one sprawdzały, czy to jest pod palcami wyczuwalne. Zrobienie tego w drukarce nie jest możliwe, ale mnie się udało i to pokonać. Podobnie było z mikrodrukiem.

– Co to jest?

– Jedno z kolejnych zabezpieczeń. To są takie mikroskopijne nadruki, które są zwykle nieczytelne, i nie sposób ich dostrzec gołym okiem, bo widoczne są dopiero w dużym powiększeniu. To dzisiaj często używane zabezpieczenia. 

– To też pan pokonał?

– Pokonałem. Pamiętam, że Asia już spała, a ja przypomniałem sobie o tym mikrodruku. Próbowałem, trenowałem na starym dziesięciozłotowym banknocie, na jego brzegu. Usiłowałem zrobić tę ciągłość: rzecz-pos-po-lita, i przy okazji tę wypukłość. To też była zegarmistrzowska, mozolna robota, ale się udało. 

– Ile jest tego typu zabezpieczeń? 

– Kiedy zaczynałem moją przygodę z polskimi banknotami, było ich piętnaście. I wszystkie udało mi się pokonać. 

– Co jest według pana najważniejsze w pracy fałszerza? Dobry wzrok, sprawne ręce? Wiedza?

– Wszystkiego po trochu z tego, co pani wymieniła. Ręce są bardzo ważne, bardzo o nie dbam. To jeden z powodów, dla których nie piję. Wiem, powtarzam się. Fałszerz, któremu trzęsą się ręce, nie ma racji bytu. Kiedyś, podczas buntu w więzieniu w Raciborzu, klawisz połamał mi pałą, a właściwie zmiażdżył, wszystkie palce w prawej dłoni. Byłem jednym z prowodyrów, bardzo źle się tam działo.

Na szczęście trafiłem na bardzo sprawnego chirurga, który to poskładał, i widzi pani, ręka jest zupełnie sprawna, a była kompletnie bezwładna, wisząca kiść. Opowiem pani o tych wydarzeniach trochę później. A z ręką zawziąłem się i ćwiczyłem, bo jak próbowałem malować lewą, nie wychodziło. Wzrok też jest ważny. Wiadomo, że psuje się z wiekiem, ale tu pomocne są okulary, lupy. I wie pani, co jeszcze jest istotne? Anielska cierpliwość. Wielu ludzi poddaje się po jednej, drugiej nieudanej próbie, ale nie ja. Ja próbuję do skutku, bo wiem, że jeżeli człowiek był w stanie coś stworzyć, to inny człowiek będzie w stanie to odtworzyć, czyli podrobić. Nie ma rzeczy niemożliwych do zrobienia. Wielokrotnie, właśnie dzięki cierpliwości, wpadałem na coś, co inni dawno odpuścili. A tego też nie da się nauczyć. Ja mogę o różnych rzeczach komuś opowiedzieć, ale to jeszcze nie oznacza, że jemu uda się to zrobić, powtórzyć, prawda? 

– Była taka robota, której się pan podjął, ale nie wyszła?

– Nie, bo jak już podejmuję się czegoś, to musi wyjść, a najczęściej podejmowałam się różnych robót z sympatii, bo kogoś lubiłem i nie umiałem odmówić.

Nauka w drukarni, gdzie zatrudnił się na chwilę, okazała się niezwykle pomocna, dlatego postanowił spożytkować wiedzę, którą tam nabył. Sita po wykorzystaniu myli tam toluenem, organicznym rozpuszczalnikiem, więc zdecydował, że spróbuje użyć toluenu i innych chemikaliów do zmycia farby z banknotów. Jeżeli to się uda, będzie miał oryginalny papier, gotowy do powtórnego zadrukowania. Naniesie na to rysunek z matrycy i jak wypali, trafi większą kumulację niż ostatnia, która padła w Totolotku. 

Póki nie sprawdził, nie chciał mieszać w to Freda ani Danka, dlatego nic im nie mówił, tylko kupił u innego znajomego „konia” na rynku pięćdziesiąt jednodolarówek i zaczął czarować. Całą noc tkwił nad garem wypełnionym dolarami i chemią. Moczył je, obserwował, przewracał raz na jedną, raz na drugą stronę. Przyglądał się, czy farba się wypłukuje, ale jakoś marnie to szło. Druk uparcie trzymał się papieru i nie puszczał. 

Zmęczony zostawił banknoty w garze, poszedł spać i dopiero rano zajrzał do kotła. Okazało się, że reakcja chemiczna potrzebuje sporo czasu. Z pieniędzy zeszła prawie cała farba, ale zostało sporo zacieków. Banknoty były brudne, całe w plamach i smugach. Wyjął je z gara, ale powtórzył zabieg z moczeniem następnej nocy, zalewając je kolejną porcją chemikaliów. Papier wyszedł czystszy, ale mocno pomięty. Przerzucił je do czystej wody i na jakiś czas zostawił, a potem przeprasował kilka sztuk żelazkiem. To też nie zdało egzaminu, dalej wyglądały, jakby pies je pogryzł i wypluł, dlatego kolejne spróbował przeprasować przez zwykłą bibułę, i to zadziałało. Zwykła bibuła wyciągnęła resztki farby i wodę, a papier wyglądał teraz prawie jak nowy. Idealnie nadawał się do jego produkcji. 

Pierwsze próby, pierwsze egzemplarze i od razu strzał w dziesiątkę. Tym razem Danek nie kręcił nosem i nie miał żadnych zastrzeżeń. 

– Zdzichu, jest dobrze. Nie wiem, skąd je masz, i na nic mi ta wiedza, ale przynieś ich więcej. Jak najwięcej, bracie. 

– Na jutro będą. 

Fragment książki „Fałszerz. Historia największego polskiego oszusta” Magda Omilianowicz, Wydawnictwo Agora

Facebook